Smaki w podróży

Zasmakuj w podróży

W każdej naszej podróży szukamy smaków, dzięki którym dodajemy smaku naszemu życiu. Smaki potraw, zapach słońca na skórze, wiatr we włosach, widok morza. Odkrywamy świat, podróżujemy, doświadczamy. Po latach zapominamy nazwy miejsc, ale mamy w pamięci to co czuliśmy, gdy je odwiedzaliśmy.

Swoje zagraniczne podróże zaczęłam od pobliskiej Słowacji i Czech, gdzie próbowałam prostego smażonego sera z tatarską omacką, kalorycznej bomby, którą lubię do dziś. Później przynajmniej trzykrotnie brnęliśmy we wczasy typu all inclusive, które jak wiemy dzisiaj nie były dobrym pomysłem pod względem poznawania nowych miejsc i smakowania podróży. Chociaż pamiętam, że odwiedzając Turcję zajadałam się pide, czyli tradycyjnymi plackami w formie łódeczki, a do wieczornej szklaneczki ginu z tonikiem wybierałam kwaśne limonki.

Zawsze smacznie było we Włoszech, gdzie udało nam się zwiedzić Rzym, Toskanię z Ligurią, Sardynię, Apulię i Materę, a także północ kraju. Oprócz zawsze dobrej pizzy (czy to rzymskiej czy neapoilitańskiej) serwują także pyszne makarony: począwszy od trofie al pesto (tradycyjny makaron z pesto) w Ligurii, orecchiette (makaron typu uszka) w Apulii, a kończąc na spaghetti carbonara, do której nigdy nie dodają śmietany. Włochy to hałas: kłócący się mężczyźni na ulicach miast, kierownik sali w jednej z restauracji, który usadza gości według tylko sobie znanego klucza, odgłos nadjeżdżającego pociągu i śmiech nastolatków na nadmorskich deptakach.

Cypr i Grecja to niezmiennie dobrze przyprawione gyrosy, tzatziki i chlebek pita oraz pomidory, soczyste i pachnące, które można jeść jako codzienną przekąskę. Cypr zwiedzaliśmy w lutym, ale mimo niższej temperatury niż w sezonie letnim ogrzaliśmy się trochę w tamtejszym słońcu. Grecja to widok lazurowego morza, skwar i niezapomniane spacery bocznymi uliczkami.

Podróżując po USA najczęściej musieliśmy się zadowolić fast foodami: hamburgerami w sieciówkach, przesłodkimi pancakes w śniadaniowych dinerach czy pizzą na wynos jedzoną prosto z kartonu na boisku w Little Italy. Do tej pory to też najdłuższa podróż, która zostawiła w nas wiele wspomnień, ale też zaostrzyła apetyt na więcej. To zaskoczenie brakiem słońca w Los Angeles, to kilometry zrobione pieszo w Nowym Jorku czy jedno z najdroższych piw na rooftopie z widokiem na Empire State Building. Fiesta w iście meksykańskim stylu w San Diego i niezapomniane przeżycia przy zwiedzaniu parków narodowych.

Chorwacja jest jednym z nielicznych krajów, gdzie zdarzało się nam gotować samemu w wynajętym mieszkaniu, ale też gdzie jedliśmy chyba najlepsze ryby i owoce morza. W Orebicu próbowaliśmy sił w windsurfingu, w Krka zrobiliśmy długi spacer do wodospadów , a zachód słońca na starówce w Trogirze pamiętam do dzisiaj.

W Barcelonie jedliśmy najlepsze kalmary w życiu i próbowaliśmy przekonać się do paelli, ale kuchni, która znalazła się w naszej pierwszej trójce doświadczyliśmy w Tajlandii. Ciężko stwierdzić, które danie było tam najlepsze: zupy tom yum i tom kha, różnokolorowe curry czy makarony w azjatyckim stylu z dużą ilością warzyw. Uczestniczyliśmy też w szkole gotowania przygotowując swoje sajgonki oraz massaman curry z ziemniakami i cynamonem. To także zapachy w chińskiej dzielnicy w Bangkoku od których zrobiłam się zielona, jedzenie glutowatych naleśników (?) na tamtejszym targu od którego pochorował się kolega oraz jajka trzymane w 35-stopniowym upale. Zarówno tam, jak i w Kambodży mieliśmy wrażenie, że sanepid nie istnieje.

Czarnogóra powitała nas przepyszną szopską sałatką z serem wręcz rozpływającym się w ustach, a z kolei Dominikana ziarnami kakaowca. W Panamie jadłam smażone platany (czyli zielone banany smażone na głębokim oleju, a to wszystko podane z rybą), a w Kostaryce gang złożony z małp i szopów praczy ukradł mój lunch. Na plaży w Kostaryce wylegiwała się potężna iguana, a wieczory spędzaliśmy przy drinku w barach z lokalsami. Z Teneryfy pamiętam słodki smak kawy barraquitto (oraz głębokie przeświadczenie, że już nigdy nie powinnam jeść pleśniowego sera), a z portugalskiego Algarve fakt, że nie chciałam spróbować ich słynnego dorsza. W Lizbonie podobnie jak wszyscy ustawialiśmy się w kolejce po pasteis de nata, czyli babeczki z budyniem. W Alpach zostaliśmy zaproszeni na kolację składającą się z raclette z dużą ilością sera, ziemniaczkami i innymi warzywami. Szczerze przyznaję, że ten sposób spędzania wolnego czasu spodobał mi się bardziej niż jazda na snowboardzie, gdzie zwykle walczyłam o równowagę, a w swoim mniemaniu wręcz o swoje życie. W Paryżu udawaliśmy, że najedliśmy się rogalikiem z dżemem, chociaż wolelibyśmy kawał chrupiącej bagietki. W Dublinie uczyliśmy się jak właściwie pić irlandzkiego Guinnessa, a Nowy Rok w Budapeszcie spędziliśmy na tamtejszych łaźniach, a później wygłodniali rzuciliśmy się na pikantny gulasz.

Wszędzie, gdzie jeździmy smakujemy, próbujemy, zwiedzamy, doświadczamy. Przemierzamy kilkanaście kilometrów pieszo, wylegujemy się na piaszczystych plażach i próbujemy się ułożyć na tych kamienistych. Jeździmy metrem, pociągami, na pace jeepa, miejskimi autobusami, wynajmujemy samochód. Zwiedzamy na własną rekę i kupujemy bilety na rejs statkiem. Chętniej wybieramy lato, ale uwielbiamy miejsca poza sezonem, gdy już nie ma tłumów, a upał zelżeje na tyle, żeby nie męczyć się podczas wędrówek. Zwiedzamy parki narodowe, ale kochamy Nowy Jork, szukamy ustronnych plaż na Sardynii i odwiedzamy wszystkie znane zabytkowe miejsca w Rzymie czy Barcelonie. Zasmakuj w podróży będzie więc różnorodne, pełne smaków, zapachów i widoków zapadających w pamięć. Mam nadzieję, że wspólnie ze mną również zasmakujecie w tej podróży.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *