Plan na podróż

Floryda w dwa tygodnie

Doczekaliśmy się otwarcia granic USA po zamknięciu spowodowanym pandemią. Tym razem naszym celem na dwutygodniową podróż stała się Floryda. Stan w którym częściej słychać język hiszpański niż angielski i gdzie są podobno najpiękniejsze plaże w całych Stanach Zjednoczonych (nie sprawdziliśmy wszystkich stanów, więc jeszcze nie czas na naszą opinię). My nie szukaliśmy wypoczynku na plażach (nasz rekord na plaży to dwie godziny), ale znów ruszyliśmy po przygodę i nowe doświadczenia. Sprawdziliśmy gdzie serwują najlepsze tacosy, trafiliśmy do miejsc, które niektórzy nazywają przereklamowanymi, głaskaliśmy koty w Domu Hemingway’a i spełnialiśmy swoje marzenia: Piotr o meczu NBA, a ja o oglądaniu delfinów w naturalnym środowisku. Tutaj znajdziecie nasz plan na dwutygodniową podróż po Florydzie.

I dzień

Lot Katowice-Warszawa-Miami. Po przylocie na lotnisku dowiedzieliśmy się z e-maila wysłanego przez Booking, że nasza rezerwacja w motelu na pierwszą noc została anulowana. Dwie godziny później, trochę zszarganych nerwów i wymienionych wiadomości udało się odzyskać rezerwację. Uberem pojechaliśmy do motelu, który znajdował się blisko lotniska i na tym kończyły się jego zalety. Wieczorem zjedliśmy talerz frytek popijając zimnym piwem i położyliśmy się spać.

II dzień

Przejazd uberem na lotnisko i wypożyczenie samochodu w wypożyczalni Thrifty. Następnie przejazd do Cocoa Beach – 200 mil, 3,5 godziny drogi. Nasz hotel znajdował się w odległości dłuższego spaceru od plaży. Na obiad zjedliśmy pyszną neapolitańską pizzę. Wieczór był zimny i wietrzny, próbowaliśmy spędzić go w barze z muzyką na żywo. Panował tam świetny klimat (po raz pierwszy, ale nie ostatni pomyślałam, że wręcz filmowy), ale tego dnia ten klub obchodził urodziny i nie znaleźliśmy wolnego stolika.

III dzień

Przejazd do St. Augustine – najstarszego miasta w USA, spacer po starym mieście. To miasteczko było największym zaskoczeniem na trasie po Florydzie. Nie mieliśmy go w planach, bo nie było po drodze i miało nam nie starczyć czasu. Udało się jednak spędzić tam dobre pół dnia włócząc się po tamtejszych uliczkach. Przenieśliśmy się zarówno w czasie, jak i do miejsca, które bardziej przypominało Hiszpanię niż USA. Następnie (pozornie „po drodze”, jednak należy odbić z trasy bardziej w kierunku Orlando) przejazd do miejscowości Christmas. Według przewodnika miało to być miasteczko, w którym cały rok czuć bożonarodzeniowy klimat. Okazuje się, że przy drodze stoi jedna smutna choinka, a na tabliczce z nazwą miasta wiszą jeszcze smutniejsze bombki. Nie warto, no chyba że po to by tak jak my mieć potem temat do żartów.

IV dzień

Kanapka na wynos z Subwaya zjedzona w oczekiwaniu na… start rakiety w Kennedy Space Center. Niesamowite przeżycie warte zmiany trasy podróży. Sprawdzajcie rozkład startów rakiet na stronie centrum, bo lubią zmieniać daty, najczęściej ze względu na warunki pogodowe. Całodzienny wstęp do Kennedy Space Center kosztuje 57$ od osoby. Zabierzcie prowiant, jeżeli nie chcecie stać w ogromnych kolejkach po lunch. Nas uratowało wspomniane śniadanie z Subwaya i dwa Kinder Bueno przywiezione jeszcze w podręcznym bagażu z Polski. Po zwiedzaniu przejazd z Kennedy Space Center do Orlando. Zakupy w Premium Outlets. W Stanach nadal bardzo warto kupić markowe ubrania, outlety tam to wręcz całe miasteczka. Wieczorem zameldowanie w motelu. To kolejny Motel 6 na trasie (motele tej sieci bardzo sprawdziły nam się na Zachodnim Wybrzeżu). Ten jednak wyglądał rodem jak z serialu „Dexter”, nie zdziwiłabym się gdyby czaił się w nim jeden z seryjnych morderców. Jego jedynym plusem była lokalizacja (no i nie ukrywajmy także cena), więc wieczorem postanowiliśmy wybrać się na spacer na Old Town Kissimmee, żeby wypić piwo lub dwa w jednym z barów i posłuchać muzyki granej przez DJ’a.

V dzień

Śniadanie w Denny’s. Jeżeli jedziecie pierwszy raz do USA to weźcie pod uwagę wielkość porcji, jaka jest tam serwowana. My zamawialiśmy zwykle porcję na pół. Denny’s to sieciówka, w której znajduje się wiele opcji śniadaniowych (zarówno na słono: jajka na wszystkie sposoby, bekon, kiełbaski, jak i na słodko: naleśniki i pankejki). Spacer uliczkami Old Town Kissimmee, który ma niesamowity klimat zarówno w ciągu dnia, jak i po zmierzchu. Warto kupić tam pamiątki, bo są unikatowe i oprócz wszechobecnych chińskich wyrobów można znaleźć coś nietypowego. Zgodnie z planem ten dzień miał być przeznaczony na park Magic Kingdom w Disneyworld. Okazuje się jednak, że pandemia wymusiła na nich duże zmiany, a bilety należy kupować z dużym wyprzedzeniem. Uwaga: nie łudźcie się, biletów nie znajdziecie w kasach, jeżeli nie są dostępne na stronie. Przejazd do Tampy pod Raymond James Stadium, czyli pod stadion NFL (futbol amerykański). Popołudnie w Clearwater na ponoć najpiękniejszej plaży na Florydzie. Piękny zachód słońca, a następnie tacosy w barze z muzyką na żywo.

VI dzień

Przejazd na Siesta Key Beach – tym razem najpiękniejszej plaży w całym USA. Jeżeli tak jak my nie zrywacie się na plażę z samego rana to będziecie (tak jak my) mieli problem z zaparkowaniem. Parking jest duży, ale bezpłatny, co równa się temu, że jest bardzo zatłoczony. Plaża jest długa i bardzo szeroka. Po plażowaniu przejazd do motelu w Sarasocie. Po zostawieniu rzeczy pojechaliśmy na kolację: placuszki z kraba i rybę gruper przyrządzoną w stylu angielskiego fish&chips. Miejsce z klimatem, jedyne na które trafiliśmy, podczas tej podróż , gdzie można zapłacić tylko gotówką.

VII dzień

Kolejna miejscowość nad Zatoką Meksykańską to Fort Myers. Jeżeli macie wybrać jeden punkt nad tą zatoką, to wybierzcie właśnie ten. Zatrzymaliśmy się w hotelu, gdzie po drugiej stronie mieliśmy klimatyczną plażę, na której obejrzeliśmy przepiękny zachód słońca, a z brzegu widzieliśmy skaczącego delfina. Widok absolutnie magiczny. Na kolację bagietka przyrządzona w hipermarkecie Publix. Robią tam bagietki, które zamawia się podobnie jak w Subwayu, czyli samemu wybiera się wszystkie składniki i dodatki. Fort Myers to bardzo droga miejscowość, więc wybraliśmy budżetową opcję, spędzając miły wieczór w ogrodzie hotelu.

VIII dzień

Ostatnią miejscówką nad Zatoką Meksykańską jaką odwiedziliśmy było Naples, gdzie popłynęliśmy w 1,5-godzinny rejs w poszukiwaniu skaczących delfinów. Udało nam się spędzić przemiłe popołudnie, a oprócz delfinów zobaczyliśmy też imponujące posiadłości milionerów. Z Naples przejechaliśmy do Florida City, która stała się naszą bazą wypadową do podróży na Key West i do Everglades. Wieczór spędziliśmy w rewelacyjnym Texas Roadhouse, gdzie trzeba było chwilę poczekać na stolik, ale absolutnie było warto. Znowu warto pamiętać o wielkości amerykańskich porcji. Zamówiliśmy więc jedno danie złożone ze steka, faszerowanego pieczonego ziemniaka, pięciu grillowanych krewetek, grzanki i sałatki.

IX dzień

Długą podróż na Key West rozpoczęliśmy wcześnie rano, jednak droga jest w większości jednokierunkowa i zakorkowana więc zajęło nam to prawie 5 godzin (w jedną stronę!). Zwiedzanie Key West rozpoczęliśmy od charakterystycznego punktu wyznaczającego 90 mil na Kubę. Potem zdecydowaliśmy się na wejście do muzeum, a w zasadzie do domu Ernesta Hemingwaya. Dom zamieszkany jest obecnie przez dużą grupę kotów, które wylegują się na łóżku pisarza, na komodzie, dywanie oraz odpoczywają w ogrodzie. Są to potomkowie ukochanego kota Hemingway’a, który miał 6 palców. Obecnie mieszkające tam zwierzęta również mają tę genetyczną wadę. Następnym przystankiem były burgery w Bahama Village Market, żeby mieć siłę na spacer po Duval Street pełnej knajp, z których wybrzmiewała muzyka na żywo. Spacer zakończyliśmy przechodząc wzdłuż wody do Mallory Sqaure Market. W okolicy z zewnątrz obejrzeliśmy także The Little White House. Późne popołudnie spędziliśmy na plaży Fort Zachary. Wstęp na plażę kosztował 5$ za dwie osoby. Droga powrotna do Florida City zajęła nam już 3 godziny, więc zdecydowanie krócej niż dojazd na Key West. Wieczorem starczyło nam jeszcze siły na zakupy w hipermarkecie Walmart. To sklep, który w Stanach praktycznie wyparł mniejsze sklepy. Można tam kupić prawie wszystko od podstawowych produktów żywnościowych po telewizor.

X dzień

W motelu w Florida City mieliśmy zapewnione śniadanie. Było bardziej rozbudowane niż te, któe zazwyczaj zjecie w miejscu noclegu w Stanach. Rano wyruszyliśmy na poszukiwanie aligatorów do parku narodowego Everglades. Co kilkanaście kilometrów swoje siedziby mają tam firmy organizujące wycieczki znanymi niektórym z programów telewizyjnych „airboat” po tamtejszych bagnach. Z uwagi na to, że zwierzęta chcemy oglądać już tylko w naturalnym środowisku nie uczestniczyliśmy w żadnych „show” związanych z aligatorami, nie robiliśmy sobie też zdjęć z małymi aligatorkami. Odbyliśmy jednak 45-minutową wycieczkę po bagnach Everglades, gdzie udało nam się dostrzec trzy wielkie aligatory. Nie mogę zrozumieć jak po takiej wycieczce ktokolwiek może zawitać do jednej z kilku restauracji i knajp w pobliżu, gdzie serwują „przysmaki” z tych zwierząt. Lunch zjedliśmy ponownie w Texas Roadhouse, rzadko wracamy w te same miejsca, więc niech nasz powrót będzie odpowiednią rekomendacją dla tej klimatycznej restauracji. Popołudnie spędziliśmy po raz pierwszy w tej podróży nad motelowym basenem planując już czekające nas zwiedzanie Miami.

XI dzień

Z samego rana wyruszyliśmy do Miami, gdzie oddaliśmy samochód, ponieważ to miasto mieliśmy już zwiedzać bez auta. W Miami funkcjonują przynajmniej trzy różne darmowe środki miejskiego transportu. Hotel, który udało mi się zarezerwować znajdował się w idealnej lokalizacji w Miami Beach. W odległości krótkiego spaceru na słynną plażę, a zarazem na Ocean Drive. Niedaleko była także ulica Espanyola Way, która najładniej prezentowała się wieczorami, a sprzed hotelu odjeżdżały autobusy na Downtown oraz na lotnisko. Zwiedzanie Miami rozpoczęliśmy od krótkiego odpoczynku na Miami Beach wymuszonego zresztą oczekiwaniem na rozpoczęcie doby hotelowej. Tego dnia zrobiliśmy sobie też spacer po Ocean Drive i zobaczyliśmy słynną villę Versacego, gdzie obecnie mieści się luksusowa (przynajmniej cenowo) restauracja. Lunch zjedliśmy w mniej luksusowej, ale pysznej pizzerii Rustica, polecanej w różnych przewodnikach i na blogach. Popołudnie było zarezerwowane na mecz NBA Miami Heats vs. Chicago Bulls na stadionie FTX Arena. Od tej daty uzależniliśmy cały plan podróży, gdyż mecz NBA na żywo był od zawsze marzeniem Piotrka. Marzenie pokryło się z rzeczywistością, gdyż mecz nawet dla mnie (pisząc nawet mam na myśli nie-fanki koszykówki) okazał się niezapomnianym widowiskiem.

XII dzień

To miał być luźniejszy dzień, który rozpoczęliśmy nieco później niż dotychczasowe na tym (i pewnie prawie na każdym naszym) wyjeździe. Wybraliśmy się do Little Havana, czyli do kubańskiej dzielnicy, gdzie zobaczyliśmy Domino Park, gdzie staruszkowie grają w domino i piją piekielnie mocną kawę w kubeczkach wielkości naparstków. Popołudnie spędziliśmy w Hard Rock Cafe. Na tarasie można podziwiać port i wieżowce na Downtown, a w środku knajpy znajduje się wiele charakterystycznych przedmiotów należących wcześniej do gwiazd muzyki i popkultury. Wieczór chcieliśmy spędzić pozostając w kubańskich klimatach, ale ostatecznie w restauracji przy Ocean Drive zjedliśmy paskudną kubańską kanapkę (albo taką, która miała ją przypominać) za którą zapłaciliśmy zdecydowanie za dużo.

XIII dzień

Wypłynęliśmy w rejs z portu w okolicach Bayside Marketplace w celu oglądania domów celebrytów. Mieliśmy to zaplanowane już wcześniej nie wiedząc, że najbardziej imponujące wille zobaczymy już na rejsie w Naples. Wycieczka nie zrobiła więc na nas większego wrażenia, chociaż warto było zobaczyć Miami właśnie z tej perspektywy. Popołudnie spędziliśmy w Wynwood – dzielnicy słynącej z imponującej ilości graffiti. W Wynwood możecie też wejść do swego rodzaju galerii na świeżym powietrzu i obejrzeć dzieła artystów tej sztuki ulicznej. Tego dnia jednak odbywał się tam prywatny event i wejście nie było możliwe. Jednak poza galerią również można obejrzeć ogromną ilość graffiti, które podobno są nawet bardziej godne uwagi. Gdy będziecie w tej okolicy zajrzyjcie do Coyo Taco, znajdziecie tam duży wybór pysznych tacos. Mają też niesamowite guacamole i (robione na miejscu?) nachosy.

XIV

Ten dzień (ok, przyznajemy się: góra dwie godziny) spędziliśmy na plaży Miami Beach. Wieczorem wybraliśmy się wzdłuż Lincolnd Road do znanej nam z Nowego Jorku sieciówki Shake Shack. Zjecie tam proste burgery i frytki, miejsce sprawdzi się także wtedy kiedy uświadomicie sobie, że wasz wyjazdowy budżet jest już przekroczony.

XV

Śniadaniowe kanapki w La Sandwicherie, a później już chwilowy relaks przy hotelowym basenie aż godziny 15, kiedy to przyszedł czas na nasz lot powrotny. Na lotnisko pojechaliśmy miejskim autobusem. Ostrzegamy przed korkami, warto zrobić sobie spory zapas w godzinach szczytu, które w Miami są chyba przez prawie całą dobę. Liniami LOT lecieliśmy do Warszawy około 11 godzin, a następnie przesiedliśmy się na lot do Katowic. Polska (jak to ma w swoim zwyczaju) powitała nas paskudną pogodą i niską temperaturą. Pocieszeniem mógł być więc tylko rosół u mamy i perspektywa planowania kolejnej podróży.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *