Apulia w mniej niż tydzień
I dzień
Do Bari przylecieliśmy w godzinach popołudniowych. Z lotniska pojechaliśmy metrem do Bari Centrale (podróż trwa jakieś 20 minut, bilet kosztuje 5 euro) . Zameldowaliśmy się w wynajętym mieszkaniu (przez Booking) blisko promenady. Miejsce, które wybraliśmy na nocleg było w idealnej lokalizacji, w odległości 1 km od miejskiej plaży Pane e Pomodoro (chleb i pomidor), w drugą stronę na stare miasto, a w kierunku centrum blisko było do dworca głównego. Na nasz pierwszy wieczór w Apulii wybraliśmy więc najpierw krótką posiadówę na plaży, a następnie długą kolację na starym mieście. Wszystkie restauracje i tawerny, które polecam w Apulii opisałam tutaj: https://bit.ly/3vM1BhU oraz https://bit.ly/37Oq2Dl

II dzień
Tego dnia obraliśmy kierunek Polignano a Mare. Przez cały dzień odbywały się tam słynne skoki do wody sygnowane przez Red Bulla. Z Bari do Polignano a Mare dojedziecie pociągiem regionalnym z dworca Bari Centrale. Podróż trwa około 40 minut, a bilet kupuje się w automacie na dworcu. Pamiętajcie, że jeżdżąc włoską koleją w większości przypadków bilet będziecie musieli skasować na peronie przed wejściem do pociągu. W Polignano a Mare w planach mieliśmy Pescarię, miejsce, w którym serwują kanapki z ośmiornicą, jednak nie przesadzę gdy napiszę, że przed nami w kolejce było około 80 osób. Nie oszaleliśmy jeszcze na punkcie żadnego jedzenia na tyle, żeby poświęcić połowę dnia w oczekiwaniu na kanapkę. W związku z odbywającymi się tego dnia skokami w miasteczku były jedna tłumy ludzi. Nie przeszkodziło to jednak w zwiedzaniu, bo większość osób skupiła się w rejonach plaży Lama Monachile. Włóczyliśmy się więc po mieście chcąc zobaczyć jak najwięcej. Zobaczyliśmy pomnik piosenkarza Domenico Modugno znanego nam chyba tylko z piosenki „Volare” (powiedzcie to na głos, a od razu usłyszycie o jaką piosenkę chodzi).

Kolejnym przystankiem było Monopoli do którego również pojechaliśmy pociągiem. Ta trasa jest już bardzo krótka, bo trwa około 20 minut. Miasteczko znane jest głównie z małego portu z niebieskimi łódkami. Przyznam, że chociaż na zdjęciu widok wygląda magicznie, to na miejscu zastanawialiśmy się, czy to faktycznie już wszystko. Tym razem mieliśmy plan na Tutto Aposto, czyli mały bar, gdzie można by napić się Aperol Spritz z widokiem, jednak był akurat zamknięty (wyglądało jakby z powodu końca sezonu). Pocieszyliśmy się więc pizzą i butelką białego wina. Oczywiście znalazło się też miejsce na lody, które wzięliśmy na wynos z Cafe Roma.


III dzień
Trzeci dzień w Apulii przeznaczyliśmy na Alberobello, gdzie dojechaliśmy autobusem. Przystanek z którego odjeżdża autobus to Bari Largo Sorentino. Podróż trwa trochę ponad godzinę, a bilet kupuje się w kiosku obok przystanku autobusowego. Koniecznie kupcie od razu również bilet powrotny. Warto przyjść wcześniej, bo liczba miejsc jest ograniczona. Było to najlepsze połączenie do tego uroczego miasteczka pełnego trulli. Tutaj z kolei myślałam, że domków będzie dosłownie kilka, natomiast okazało się, że jest ich całe mnóstwo. Apulię zwiedza się z prawdziwą przyjemnością, bo nie biegamy od zabytku do zabytku, tylko możemy nieśpiesznie włóczyć się po ulicach miasteczek, bo nigdy nie wiadomo co jest za rogiem, w kolejnej uliczce. Spacerując wśród trulli szukajcie znaków na tych domkach, znajdziecie różne od chrześcijańskich po takie związane z magią.

W jednym z trulli, gdzie znajduje się zarówno sklepik z pamiątkami, jak i bar można wejść na dach i podziwiać widok na całe miasteczko. Polecam wypić tam drinka Tramonto (8 euro). Jest bardziej kolorowy i mocniejszy niż dostępny wszędzie Aperol Spritz (6 euro). Przyda się więc, gdy znudzi się Wam ten słynny drink. Chociaż czy to w ogóle możliwe?


Po wizycie w Alberobello udaliśmy się w dalszą trasę autobusem (odjeżdża z przystanku obok stacji benzynowej) w kierunku białego miasteczka Locorotondo. Trafiliśmy tam tuż przed sjestą, więc było spokojnie, wręcz sennie. Zjedliśmy jednak pyszną pizzę, wypiliśmy lokalne, białe wino Antico (12 euro za butelkę) i poprawiliśmy creme brulee. Wydaje mi się, że Włochy są jednym z nielicznych krajów, gdzie zamawiamy deser. Na koniec wycieczki spacerowaliśmy jeszcze z widokiem na winnicę wyobrażając sobie, że siedzimy wieczorem w jednej z nich i oddajemy się degustacji lokalnych trunków. Po powrocie do Bari udaliśmy się na wieczorny spacer na stare miasto.



IV dzień
Matera to wprawdzie nie region Apulii, a już Bazylikaty, jednak po obejrzeniu zdjęć i po wysłuchaniu relacji osób, które już tam były nie mogliśmy zrezygnować z wizyty w tym mieście. Nie żałujemy ani trochę, bo miasteczko jest niesamowite i na pewno nie widzieliśmy nigdy podobnego. Jest wykute w skale, a jeszcze w latach 50. XX wieku mieszkańcy żyli tam bez kanalizacji, dostępu do bieżącej wody mierząc się z epidemiami i ubóstwem. Miasto „grało” Jerozolimę w filmie „Pasja” Mela Gibsona, a całkiem niedawno swoje przygody przeżywał tam James Bond w filmie „Nie czas umierać”. Miasto najlepiej będzie zwiedzać w chłodniejszy dzień, bo do pokonania jest sporo schodów. Z Bari do Matery dojedziecie pociągiem ze stacji Ferrovie Appulo-Lucane. Bilet kupicie w kiosku obok peronów (można również kupić w automacie, jednak uważajcie na osoby, które będą chciały pomóc w kupnie biletu oczekując za to oczywiście drobnej opłaty). Matera to kolejne miasteczko, które można w całości obejść pieszo, chociaż spacer jest długi, to warto zwiedzić wszystkie punkty widokowe. Aby nie mieć problemów z ich znalezieniem zaraz po tym jak wysiądziecie z pociągu udajcie się do punktu informacji turystycznej i weźcie ze sobą darmową mapkę. W czasie sjesty, gdy pragnienie zacznie wam dokuczać przypomnijcie sobie o automatach, w których można kupić małe piwo (tak, z procentami, chociaż byliśmy zaskoczeni). Płatność tylko kartą.



Wieczór spędziliśmy w Bari, zaczynając od drinków inspirowanych serialami Netflixa (koniecznie Il Professore, który inspirowany jest głównym bohaterem „Domu z papieru”). Drink kosztuje 8 euro i można go kupić w dosyć popularnym barze Speakeasy. Nie jesteśmy fanami drinków i wydawania na nich 8 euro, więc nasze dalsze kroki skierowaliśmy na stare miasto, gdzie zupełnie bezkarnie można wypić Prosecco kupione w sklepie, a w Cibo’ zamówić panzerotti. Panzerottti to pyszne pierożki z różnymi farszami, a we wspomnianym miejscu spróbujecie ich z wieloma nadzieniami. Kosztują 2 euro za sztukę, w środku są bardzo gorące.


V dzień
Nasz ostatni pełny dzień wyjazdu postanowiliśmy spędzić w Bari, pozornie po to, żeby złapać trochę oddechu. W poprzednich dniach robiliśmy grubo ponad 20 tysięcy kroków, więc myśleliśmy, że w tym dniu trochę wyluzujemy. Okazało się jednak, że Bari za dnia jest równie interesujące co wieczorami. Koniecznie odwiedźcie uliczkę Strada delle orecchiette, gdzie starsze Włoszki wyrabiają ręcznie makaron orecchiette. Można go tam zarówno kupić (świeży, więc nie wytrzyma zbyt długo), jak i spróbować. Koniecznie zróbcie zdjęcia stoliczków, gdzie suszy się makaron. Zobaczcie też najważniejsze place na Bari Vecchia, przejdźcie obok katedry, a także obok potężnej bryły zamku Castello Normanno-Svevo, zerknijcie czy w Teatro Margherita nie odbywa się przypadkiem festiwal filmowy. Ostatniego wieczoru idąc za naszym przykładem usiądźcie w jednej ze wspaniałych pizzerii, bo bez względu na to ile otwiera się ich w Polsce (a czasem także szybko zamyka), takiego klimatu jak we Włoszech prawdopodobnie nie poczujecie w żadnej z nich.





VI dzień
Nasz wyjazd do Apulii zakończyliśmy śniadaniem, wzięliśmy ulubioną foccacię na wynos (zjedliśmy już na lotnisku, przed wejściem do samolotu) i nadszedł nasz czas na opuszczenie tego regionu Włoch, który będziemy wspominać z wielkim sentymentem. Jeżeli w Apulii spędzicie więcej dni niż my spróbujcie odwiedzić również takie miasteczka jak Lecce, Ostuni czy Trani. Nam już zabrakło na nie czasu, więc chętnie obejrzymy relacje innych, a nuż przyjdzie nam ochota, żeby wrócić do Apulii.



