Plan na podróż,  Podróżnicze porady,  Smaki w podróży

Kopenhaga w dwa dni

Wydawało mi się, że nie ma najmniejszych szans na to, żebym kiedyś została fanką Skandynawii. W zimnych krajach ciepłolubna osoba jak ja teoretycznie nie ma czego szukać. Miałam rację: wydawało mi się. Już kiedyś zachwyciła mnie Islandia – niespotykaną siłą natury, ale także zmiennością. Nie mieliśmy okazji zwiedzić całej Danii, więc tym razem ograniczyliśmy się do weekendu w Kopenhadze. Jednak dzięki temu mogliśmy w pełni odkryć jedną z najładniejszych europejskich stolic.

Aby zwiedzić Kopenhagę kupiliśmy bilety do… Malmo w Szwecji. Były korzystniejsze cenowo (połączenie Wizz Air z Katowic) i pozwoliły na przejechanie najdłuższym mostem łączącym dwa kraje. Bilety z lotniska w Malmo do centrum Kopenhagi kupiliśmy przez Internet na stronie www.neptunbus.dk Jest to polski przewoźnik, który autobusami dowozi pasażerów w cenie 250 DKK za dwie osoby (ok. 155 zł). Podróż trwa nieco ponad godzinę, ale co ważne (a czego my się obawialiśmy) czekają na pasażerów, jeżeli na przykład opóźni się odbiór bagaży albo przedłuż się kontrola dokumentów. Po wyjściu z lotniska kierujcie się w prawo, powinniście od razu zobaczyć autokar.

Nocleg w Kopenhadze mieliśmy zarezerwowany w Steel House, który reklamuje się jak luksusowy hostel. Coś w tym jest, bo pokoje są czyste i dobrze wyposażone, ale tak małe, jakby były pokoikami w Ikei. Na dole można skorzystać z wielu rozrywek (karaoke, wieczory z iluzjonistą, quizy itp.), jest też basen (20 DKK za godzinę), można kupić kanapki i napoje. Co do kanapek to polecam taką śniadaniową kanapkę kupić właśnie tutaj na miejscu, jest świeża, smaczna i tańsza nawet od tych sprzedawanych w popularnym 7-Eleven. Hostel ma rewelacyjną lokalizację nad stawem, gdzie wieczorem można usiąść i zobaczyć ładny zachód słońca, jest również niedaleko stacji metra oraz głównej stacji skąd odjeżdżają pociągi i autobusy.

Do zwiedzania Kopenhagi moim zdaniem niezbędna jest karta Copenhagen Card, którą my kupiliśmy na 48 godzin, ale jej wersje czasowe są różne. Przede wszystkim obejmuje wstęp do wszystkich atrakcji Kopenhagi (naprawdę wszystkich, a nie jak to zwykle bywa do kilku wybranych lub mniej popularnych) oraz nielimitowane przejazdy komunikacją miejską. Tak jak wspomniałam nasz hostel miał idealną lokalizację, ale i tak w kilka miejsc musieliśmy podjechać metrem lub autobusem, bo miejsc wartych obejrzenia w Kopenhadze jest naprawdę sporo.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy w zasadzie od razu po wyjściu z autokaru. Była godzina 10 rano i po drodze mieliśmy Ny Carlsberg Glyptotek, czyli muzeum sztuki. Fanami sztuki nie jesteśmy jednak skusiła nas palmiarnia, która znajduje się na wejściu. Jest w niej również ładna kawiarenka. Przed wejściem należy zostawić plecaki i większe torebki w szafkach. 20 DKK (ok. 12 zł) kosztuje żeton (w formie kaucji). To był ten jeden raz, gdy w automacie nie mogliśmy zapłacić kartą, jednak uratowała nas pani w kasie biletowej. Jeżeli tak jak my nie jesteście fanami sztuki spędzicie tam jakieś pół godziny, wystarczające, żeby zrobić ładne zdjęcia.

Już pierwszego dnia udało nam się zobaczyć Nyhavn, czyli słynną uliczkę z z kolorowymi kamienicami. Zanim tam doszliśmy całkiem przypadkiem odwiedziliśmy ogród przed królewską biblioteką. Punktem, który warto odhaczyć przy zwiedzaniu Kopenhagi jest Amelienborg, a raczej zmiana warty, która odbywa się tam codziennie w południe. Na placu przed oficjalną rezydencją duńskiej rodziny królewskiej zbiera się wówczas tłum ludzi, którzy chcą to obejrzeć. Całe widowisko trwa około 10 minut i już możecie kierować się nad wodę, czyli blisko kanałów, aby obejrzeć z daleka monumentalny gmach opery. My wykorzystaliśmy ten moment, aby w jednej z „kawiarni na kółkach” kupić kawę i nieco odpocząć. Koszt kawy na wynos to w granicach 25-30 DKK (15-18 zł).

Następnie swoje kroki skierowaliśmy do miejsca, gdzie można zobaczyć symbol miasta, czyli małą syrenkę. Pomnik jest niewielkich rozmiarów, jednak gromadzi się przy nim sporo osób, które chcą sobie zrobić zdjęcie. Obok syrenki jest mały park, w którym w maju pięknie kwitną drzewa. Można się też przejść obok kościoła świętego Albana przed którym znajduje spora fontanna oraz urokliwy mostek.

Aby nieco odpocząć od zwiedzania postanowiliśmy skorzystać z tego, że w cenie Copenhagen Card mieliśmy również rejs kanałami miasta. Trwa około godziny i można podziwiać miasto z perspektywy wody. Na pokład można zabrać swoje napoje, a przewodniczka opowiada o tym co właśnie mijamy. Ta wycieczka pozwoli odpocząć Waszym nogom po całodziennym zwiedzaniu.

Na obiad wybraliśmy się już niedaleko naszego hostelu, ponieważ miałam upatrzone burgery w Grillen Burgerbar. Jest to kopenhaska sieciówka więc znajdziecie ich punkty w różnych miejscach miasta, my wybraliśmy tę na Vesterbro. W cenie 99 DKK (czyli ok. 56 zł) otrzymujecie smacznego burgera, frytki oraz wybrany sos. Możliwe są oczywiście upgrady (+10 DKK) jak na przykład bardziej wypasiony burger lub zakręcone frytki. Do tego oczywiście obowiązkowo kufel Tuborga, czyli duńskiego piwa (w cenie 49 DKK, czyli ok. 30 zł). Duńczycy piją sporo piwa, najczęściej w towarzystwie, w knajpach, ale także na ulicy, ponieważ ich prawo na to pozwala, a uwierzcie, że cena 30 zł za 0,5 litra piwa w restauracji nie jest tutaj najbardziej wygórowaną.

Po obiedzie zameldowaliśmy się w naszym hostelu. Nie wspomniałam jeszcze o tym, że zakwaterowaniem i wyrobieniem karty do pokoju musicie zająć się sami za pomocą paneli dotykowych w recepcji. Jeżeli chcecie mieszkać w tym hostelu, to lepiej tak jak my przyjedźcie z samymi plecakami, bo upchnięcie w tym pokoju walizki podróżnej graniczyłoby z cudem. W lobby siedziało mnóstwo młodych ludzi, wieczorem odbywały się imprezy, jednak w pokojach było bardzo cicho i żadne odgłosy do nas nie docierały. Na pewno miał na to wpływ także nasz poziom zmęczenia całodziennym zwiedzaniem i nieprzespaną nocą (już o 3 w nocy jechaliśmy na lotnisko), ale i tak uważam, że poziom kultury mieszkających tam osób jest powyżej przeciętnej i pozwala to na spokojną regenerację w tym hostelu.

Wieczorem mieliśmy już siłę tylko na to, aby kupić Carslbergi w puszce i usiąść nad ławeczce na wodą, żeby zobaczyć zachód słońca. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy nie odwiedzili chociaż na pół godziny planetarium, które znajdowało się kilka kroków dalej. Jest otwarte do późnych godzin wieczornych i jeżeli jesteście w okolicy to możecie tam wejść chociaż na moment.

Drugi dzień zwiedzania rozpoczęliśmy od śniadaniowej kanapki i kawy/herbaty na wynos i spaceru do najbliższej stacji metra skąd pojechaliśmy żeby zobaczyć Superkilen. To przykład na to jak Duńczycy potrafią zagospodarować przestrzeń nawet w centrum miasta. Ta dzielnica jest miejscem zamieszkania osób z wielu krajów i wielokulturowość widać tu na każdym kroku. Znajduje się to skatepark, gdzie zobaczycie osoby jeżdżące na deskorolkach, plac zabaw dla dzieci, charakterystyczne czarne pagórki z namalowanymi białymi pasami, stoliki do gry w szachy, a także miejsca do grillowania.

Wracając metrem do bardziej turystycznego centrum Kopenhagi mieliśmy na liście słynne duńskie hot-dogi. Postanowiliśmy spróbować ich w budce DØP – Den Økologiske Pølsemand, którą polecał Phil Rosenthal w swoim kulinarno-podróżniczym programie. Koszt hot-doga to 37 DKK (ok. 23 zł) i chociaż nie jest to przysmak o którym będziecie śnić po nocach, to na pewno warto go zjeść żeby przekonać się czym zajadają się Duńczycy i przyjeżdżający tu turyści.

Kolejnym punktem była krótka wspinaczka w The Round Tower. To wieża z XVII wieku, która została zbudowana jako obserwatorium astronomiczne. Budowla jest osobliwa, ponieważ idzie się korytarzem, który ciągle zakręca, a jednocześnie jest on dosyć szeroki (nie ma nic wspólnego z ciasnymi i stromymi schodkami, które zwykle można spotkać w tego typu wieżach). Z góry rozciąga się 360-stopniowa panorama Kopenhagi.

W centrum miasta nie sposób ominąć Christiansborg Palace. Na jego zwiedzanie pewnie można przeznaczyć kilka godzin, jednak my ograniczyliśmy się do obejrzenia głównych komnat oraz królewskiej kuchni (to ostatnie podobało mi się najbardziej).

Następnie chcieliśmy raz jeszcze przejść przez Nyhavn i znaleźć kamienice, gdzie mieszkał i tworzył Hans Christian Andersen. Kamienice można dosyć łatwo odnaleźć, chociaż nie są jakoś specjalnie oznaczone. Z racji tego, że był weekend (a może jest tak zawsze?) i piękna pogoda Nyhavn było bardzo zatłoczone, nie lubię takich miejsc, gdzie muszę przeciskać się wśród ludzi, więc nie zabawiliśmy tam zbyt długo.

Naszym następnym punktem tego dnia była Christiania, czyli osobliwa, hipisowska dzielnica. Podobno to miejsce, któremu duńskie władze nadały status niezależnej społeczności, a miejsce słynie z szeroko rozumianej kultury alternatywnej. Przede wszystkim jednak nie sposób ukryć zdziwienia spacerując tamtejszymi uliczkami i widząc sprzedawców marihuany, którzy w całkowicie otwarty sposób reklamują i handlują przy swoich straganikach. Na terenie dzielnicy znajdują się też bary, coś w rodzaju targu oraz mnóstwo miejsc, w których mieszkańcy sprzedają rękodzieło.

Następnie autobusem pojechaliśmy już w kierunku dzielnicy, w którym był nasz hostel. Bynajmniej nie po to, aby odpocząć. Na swojej liście mieliśmy jeszcze wizytę w ogrodach Tivoli. Wcześniej zjedliśmy pizzę w Little Italy małej knajpce z kilkoma stolikami wewnątrz i na zewnątrz lokalu. Pizza jest w stylu rzymskim na cienkim cieście, więc po całodziennym zwiedzaniu doradzam, żeby wziąć dwie. Co istotne menu jest tylko po duńsku, co dziwne, bo w większości miejsc spotykaliśmy się z tym, że angielski jest niemal równorzędnym językiem. Aby doświadczyć wszystkich rozrywek w ogrodach Tivoli pewnie warto byłoby tam spędzić co najmniej pół dnia. Rollercoastery i ekstremalne przejażdżki nie są jednak naszą ulubioną rozrywką. Warto też nadmienić, że jest to chyba jedyne miejsce, gdzie nawet Copenhagen Card należy dodatkowo dopłacić za atrakcje, którymi jest jazda właśnie na takich karuzelach. Bez dodatkowej opłaty można tylko (lub aż) wejść do parku, gdzie nie brakuje też bezpłatnych rozrywek. Można spacerować wśród kwitnących tulipanów, podziwiać różnorodne budowle, a wieczorem odbywają się tam laserowe iluminacje, a latem także pokazy fajerwerków.

Trzeciego dnia rano skierowaliśmy się do dworca głównego skąd ruszyliśmy pociągiem do Malmo… Ale to już temat na całkiem osobny wpis, który na pewno wkrótce popełnię. Kopenhaga da nam się jednak zapamiętać jako miasto idealne na weekendowy citybreak, a Was niech nie przestraszą opowieści o kosmicznych cenach na miejscu. Jest drogo, to fakt, ale warto i da się zwiedzić to miasto bez dużej ilości gotówki, szykując się po prostu do tego chwilę wcześniej i planując poszczególne punkty zwiedzania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *