Gdzie zjeść w Gdyni?
Raz w roku bywamy w Gdyni ze względu na to, że mieszka tam moja siostra. Chociaż zwykle niechętnie wracamy w te same miejsca, to jednak tam czujemy się bardzo dobrze. W tym wpisie znajdziecie więc różne miejsca, które warto odwiedzić w tym mieście. Wybory są niemal bezbłędne, a to na co się zdecydujecie zależy tylko od tego na jaki rodzaj kuchni będziecie mieli ochotę.
Tawerna Orłowska,
W Tawernie Orłowskiej zgadza się wszystko. Jest rewelacyjny taras z pięknym widokiem na morze, miła obsługa, a przede wszystkim pyszne ryby i owoce morza. Zgadza się także cena, po otrzymaniu rachunku na pewno nie będziecie zamieszczać w Internecie paragonu grozy, bo tutaj ceny są adekwatne do jakości i wielkości porcji. Na start zamówiliśmy smażone szproty (14 zł za porcję 100 g), które obecnie wygrywają ze smacznym (kiedyś) chrustem ze śledzia, chipsy z morszczuka (11,50 zł za porcję 100 g), które niewiele mają wspólnego z chipsami ani z chrupiącą przekąską oraz rewelacyjny tatar ze śledzia (24 zł za porcję 150 g). Na danie główne postawiliśmy na sprawdzony klasyk, a więc dorsza z patelni z frytkami i surówką z kiszonej kapusty (45,90 zł). Łukasz wybrał turbota (16 zł za 100 g, a więc 48 zł za 300 g ryby), pieczone ziemniaki (9 zł) oraz mizerię z ogórków i rzodkiewek z koperkiem i jogurtem (9 zł). Moja siostra postawiła na owoce morza i wybrała mule gotowane w winie z pieczywem czosnkowym (28,90 zł). Kiedyś nie przepadałam za mulami, ale teraz coraz częściej się do nich przekonuję, szczególnie w takim wydaniu, jak w tej tawernie. Do tego miejsca wracamy zawsze będąc gośćmi u mojej siostry w Trójmieście i jak dotąd nigdy się nie zawiedliśmy.


Niewinni Czarodzieje Trzy Zero
Do odwiedzin w tej restauracji zachęcił nas fakt, że jej twarzą jest Kuba Wojewódzki. Chcieliśmy więc sprawdzić, co dobrego można tam zjeść. Zamówiliśmy tajską zupę rybną (25 zł) podaną z kawałkami zębacza i kapustą pak-choi, niestety zupa niewiele miała wspólnego z tajską kuchnią, brakowało jej wyrazistości, pikantności i większej ilości przypraw. Dużo lepszą pozycją był bulion z pieczonej kaczki (25 zł) podany z dużymi kawałkami pieczarek, to była jedna z najbardziej udanych pozycji z karty, których mieliśmy okazję spróbować. Często próbujemy również tatara wołowego, więc tym razem również go zamówiliśmy. Tatar (39 zł) był bardzo ładnie podany, jednak każdy z nas próbował już lepszych w innych restauracjach. Jako dania główne wybraliśmy bułeczki bao z krewetkami (45 zł), kaczkę (59 zł), halibuta (59 zł) oraz udon z bawetą wołową (46 zł). Jednogłośnie stwierdziliśmy, że bao buns wygrały pojedynek na najlepsze danie główne. W środku były krewetki w cieście kataifi (jeżeli tak jak ja nie wiecie co to, to najłatwiej przyrównać je do ciasta z jakiego zrobiona jest baklava). Udon z wołowiną był dobrą pozycją, jednak po raz kolejny brak było jakiegoś konkretniejszego smaku. Halibut był smaczny, ciekawe były dodatki, a kaczka podana w ciekawy sposób, bo z pszennymi wrapami i warzywami marynowanymi. Do tego były dwa rodzaje sosów, więc można było sobie robić swoje własne tortille. Ogólnie wizytę oceniamy jako miłą i przyjemną, ale brakowało nam jakiegoś zapamiętywalnego elementu, który sprawdziłby, że ta restauracja byłaby w jakiś sposób charakterystyczna.




Umi Ramen
Przed wyjazdem chcieliśmy spróbować zachwalanych dań w azjatyckiej knajpce Haos, okazało się jedna, że otwarte mają dopiero od 14, a my tego dnia nie mieliśmy już czasu, musieliśmy zjeść wcześniej, przed wyjazdem do domu. Nieopodal tej restauracji był na szczęście Umi Ramen, gdzie znaleźliśmy ostatni wolny stolik na zewnątrz. Na przystawkę wzięliśmy fasolkę edamame posypaną grubą solą. Następnie we trójkę zamówiliśmy ten sam ramen, a więc Miso Tonkotsu Ramen – wieprzowy kremowy bulion z tare na bazie past miso, który pierwotnie miał być podany z pikantną mieloną wieprzowiną. Niestety tego dnia nie było już mielonej wieprzowiny i zamiast tego wybraliśmy szarpaną wieprzowinę. W ogromnej porcji ramenu oprócz mięsa i oczywiście grubego makaronu było również jajko, szczypior, nori, sezam i płatki chilli. Szkoda, że chilli nie było nieco więcej, jednak sam ramen był pyszny i w zupełności wystarczył nam aż do końca dnia (mimo, że każdy z nas połowę wziął na wynos). Moja siostra wybrała Shio Tonkotsu Ramen, a więc wieprzowy kremowy bulion z tare na bazie soli i konbu z grillowanym boczkiem i jajkiem. Pozostałe składniki były podobne, jak w naszej zupie. Karolina była nieco mniej zadowolona ze swojego wyboru, jest fanką grillowanego boczku, a ten był bardziej w stylu parzonego. Wszystkie rameny (także te wegańskie) kosztują 35 zł i za taką porcję jest to naprawdę uczciwa cena.


Santorini
Restauracja Santorini powitała nas odmiennie niż ta grecka wyspa – tego dnia w Gdyni tak padało, że musieliśmy szybko schronić się w tej knajpce. Greckie jedzenie zawsze dobrze nam się kojarzy ze względu na wyjazdy do tego kraju. Jako przystawkę wzięliśmy zestaw do dzielenia się. „Orfeusz plato” w cenie 62,90 zł wystarczył nam dla 6 osób. Wśród przekąsek znajdowały się między innymi kieftedakia, czyli klopsiki, dolmadakia – rodzaj gołąbków, ale zawijanych w liście winogron, cukinia z grilla, spanakopita, czyli przekąska z ciasta filo ze szpinakiem, ser halloumi oraz zestaw różnych past z chlebkiem pita. Jak główne danie na pewno warto spróbować gyrosa, czyli mięsa wieprzowego podawanego na talerzu z frytkami, chlebkiem pita i tzatzikami.


Taverna Zante
Drugą grecką restauracją, którą warto odwiedzić w Gdyni jest Taverna Zante. Tam również zdecydowaliśmy się zamówić mezedes, czyli talerz przekąsek do dzielenia się. Zestaw był podobny do tego z restauracji Santorini, ale dodatkowo były również pikle, marynowane papryczki, oliwki i hummus. Wśród wybranych przez nas dań oprócz gyrosa była również musaka, czyli zapiekanka z mięsem mielonym. Wszystko jest bardzo smaczne, jednak brakuje jakości składników, które są w Grecji. Każdy kto próbował tamtejszych pomidorów będzie wiedział o czym piszę.
Pueblo
Jeżeli najdzie Was ochota na meksykańskie jedzenie. My wybraliśmy Pueblo w Gdyni, ale swoje filie mają również w Gdańsku i nieco dalej w Toruniu. Restauracja jest w stylu tex-mex i warto w niej zamówić talerze przekąsek i różnych rodzajów dań głównych, tak żeby popróbować wszystkiego. Uwaga na porcje, są naprawdę spore. My wzięliśmy Mexican Plate na który składały się różne tortille, buritto i chimichanga, które podawane były z meksykańskim ryżem, salsami i warzywną sałatką. Drugi talerz był natomiast z kawałkami żeberek, pierożkami empanadas i panierowanymi ostrymi papryczkami. Karolina zamówiła drinka o nazwie Passion Fruit Coronarita, w środku było 1,5 porcji Margarity, do której kelner wlewał piwo Corona. Mój drink nazywał się po prostu Coronarita i serwowany był w szklance w kształcie czaszki. W środku była podwójna margarita oraz również piwo Corona. Te mega drinki kosztują około 42 zł, ale zdecydowanie warto.


Shimayo
Jeszcze kilka lat temu nie byliśmy wielkimi fanami sushi. Teraz jednak uwielbiamy większość rodzajów, a w swoim mieście mamy już ulubione miejsca serwujące rolki. Podczas zeszłorocznej wizyty w Gdyni Piotr obchodził swoje urodziny, więc wpadliśmy na pomysł, żeby zamówić mu tort. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że tort zrobiony był właśnie z różnych rolek sushi. Mimo, że Shimayo wcześniej nie oferowało takiej formy, to spisali się na medal. Jeżeli tak jak mój mąż nie przepadacie szczególnie za słodkim, to wybierzcie tort sushi. Na pewno się nie zawiedziecie.

100cznia
Na koniec wspomnę jeszcze o miejscu, które zrobiło na nas bardzo fajne wrażenie. W jednym miejscu znajdziecie kuchnię z przeróżnych stron świata. W ciągu dnia odbywają się różne wydarzenia, wieczorami imprezy z DJ’ami. My postawiliśmy na Take a wok, gdzie można samemu skomponować swoje danie. Bazą może być ryż, makaron pszenny lub makaron udon (to wszystko z mixem warzyw), do tego dobiera się składnik główny na przykład chrupiącego kurczaka, wieprzowinę lub krewetki, warzywa oraz sos i dodatki w stylu sezamu czy płatków chilli. Oprócz azjatyckiej kuchni w 100czni znajdziecie również grecką, włoską, indyjską, a nawet izraelską. W jednym miejscu zjecie więc pizzę, burgery, hot-dogi, makarony i hummusy.
Jak pewnie zauważyliście w tym zestawieniu nie ma żadnego miejsca ze śniadaniami. To nie tylko dlatego, że w Gdyni noce są długie, a poranki bywają ciężkie 🙂 To przede wszystkim dlatego, że zawsze jesteśmy tam ugoszczeni przez Karolinę i Łukasza, a moja siostra specjalizuje się w przepysznych śniadaniach. Pewnie nie będziecie mieli okazji spróbować, więc musicie mi więc uwierzyć, że jej szakszuka jest numerem jeden na kulinarnej mapie Gdyni



