Weekend w Rimini i San Marino
Kilka minut zabrało nam podjęcie decyzji o wrześniowym citybreaku do Włoch. Wyszukując tanie loty kierowałam się wolnym weekendem, wpisując w Skyscanner: „Katowice” do „Wszędzie”. Loty w dwie strony kosztowały nas 166 zł od osoby. Nocleg zarezerwowaliśmy w holenderskich domkach Rimini Family Camping, który przy założeniu 4 osób w domku kosztował ok. 173 zł od osoby na dwie noce. Lotnisko Forli jest oddalone od Rimini o około 55 km. Wylądowaliśmy o 21:45 i o tej godzinie były już tylko dwie opcje dojazdu do tego miasteczka: kurs taksówką (100-120€ za kurs!), którą i tak ciężko byłoby złapać lub ponad 4-kilometrowy spacer na dworzec PKP. Oczywiście miał to być budżetowy wyjazd weekendowy, więc wybraliśmy dłuższy spacer do centrum miasta i przejazd pociągiem do Rimini. Generalnie z lotniska na dworzec PKP są również autobusy, jednak o tej porze już nie kursują. Przejazd pociągiem do Rimini kosztował 5,20€ od osoby i trwał ok. 35 minut. Z dworca w Rimini pozostał nam kurs taksówką (15€) w okolice plaży, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. I podobnie jak w Forli również tutaj kursują autobusy, ale nie o tej porze.

W okolicach naszego noclegu byliśmy około północy, ale godzina nie przeszkodziła nam w wykonaniu wyznaczonej sobie misji: pizza i wino. Kierowaliśmy się miejscami, które są otwarte minimum do 1 w nocy i tym sposobem trafiliśmy na restaurację Barracuda, która o tej godzinie serwowała jeszcze pizzę (kuchnia przygotowująca inne dania była już wtedy zamknięta). Zamówiliśmy cztery różne pizze: Salame Piccante (oczywiście z pikantnym salami, 7€), Salisiccia e funghi (z kiełbaską i pieczarkami, 7,50€), Mamma mia (z prosciutto crudo, rukolą i parmezanem, 9,50€) oraz Bufalę (z mozzarellą Bufala właśnie, 7€). Wszystkie zamówione pizze w 100% spełniły nasze oczekiwania i były idealne.





W sobotę postanowiliśmy wyruszyć do San Marino, nietypowego kraju wielkości średniego miasteczka, w którym czuć wyłącznie włoską atmosferę. W zasadzie nie znalazłam różnic pomiędzy tymi dwoma krajami. Z Rimini można się tam dostać bezpośrednim autobusem z dworca głównego. Koszt biletu za jedną osobę w dwie strony to 6€, a trasa trwa około godziny. Autobusy jeżdżą w zasadzie co godzinę. Warto jednak przyjść nieco wcześniej, ponieważ sporo ludzi jeździ na tej trasie, nawet po sezonie. Niestety tego dnia nie dopisała nam pogoda, więc nie mamy bajecznych zdjęć z widokami z góry zamku. Jednak nawet mimo tego warto było przyjechać, chociażby po to, żeby mieć pewność, że chcemy tu wrócić w bardziej letnich niż jesiennych miesiącach.

Ten weekendowy city break miał również obfitować w kulinarne doznania i tu trafiliśmy idealnie. Dłuższe przedpołudnie spędziliśmy w Ritrovo Dei Lavoratori XXVIII Luglio. Niech nie zniechęci Was nazwa oraz wnętrze z obrusami sugerujące, że może być sztywno i drogo. Tuż po otwarciu restauracji (12:30) lokal w sekundę wypełnia się mnóstwem ludzi, zarówno Włochów, którzy przychodzą na lunch z pracy lub na spotkanie firmowe, jak i grup przyjaciół, aż do kilkunastoosobowych wycieczek, które mają tu zamówione obiady. Jako danie główne (które jednak Włosi nazywają „primi piatti”, czyli pierwsze danie, a wręcz przystawka) zamówiliśmy makarony. Piotrek z Łukaszem zdecydowali się na tradycyjne tagliatelle al ragu (6,50€), czyli coś co u nas znane jest bardziej jako bolognese, a podawane zwyczajowo ze spaghetti (chociaż powinno się podawać właśnie z grubym makaronem w formie wstążek). Ja z Klaudią wybrałyśmy dania z truflami, ponieważ trzeba przyznać, że rzadko mam je okazję jeść w tej formie. Klaudia wybrała passatelli formagio di fossa e tartufo, czyli makaron w rodzaju kluseczek z serem pecorino i truflami (12,50€). Ja natomiast zdecydowałam się na ravioli al tartufo nero, czyli pierożki ravioli z białym serem w środku (coś w stylu ricotty) i truflami (12€). Można tam również zamówić domowe wino w cenie 8€ za litr. Faktycznie porcje makaronów nie były tak duże do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, więc zamiast deseru zamówiliśmy deskę wędlin i serów. Anipasto italiana to prosciutto, salami, coppa, czyli tradycyjna włoska wędlina oraz kawałki sera (7,50€), natomiast formaggi misti to parmezan, pecorino i miękki ser o nazwie caciotta (9€). Gdy będziecie w San Marino nie przegapcie wizyty w tej restauracji, wszystko było absolutnie pyszne.




Po powrocie do Rimini zrobiliśmy sobie spacer po plaży, a następnie spędziliśmy tam zachód słońca. Po zachodzie w poszukiwaniu wina udaliśmy się do popularnego we Włoszech supermarketu Conad. Zdecydowaliśmy się również na zakupy na śniadanie. Koszt 5 pszennych bułeczek to 0,71€, szynka prosciutto crudo lub cotto w granicach 4,70€ za opakowanie (chyba 100 g), żółty ser ok. 2€ za opakowanie, 4 pomidorki również poniżej 1€.

O 22:00 zdecydowaliśmy się na kolację ponownie w „Barracudzie”, wygrała ciekawość co do dań innych niż pizza, dobre wino i fajna obsługa. Tym razem zdecydowaliśmy się na zamówienie na parę: „Barracuda salad”, czyli sałatkę z krewetkami, pomidorkami koktajlowymi i grzankami (9,50€). Sałatka w standardzie nie ma sosu, ale wystarczy kilka kropel oliwy i octu balsamicznego, żeby wydobyć z niej fajny smak. Głównym daniem były również szaszłyki z krewetek i kalmarów (15€) i do tego spora miska frytek (4€). We Włoszech nie zapominajcie o coperto (w tym wypadku 1,50€ od osoby) oraz minimum jednej karafce domowego wina. Tutaj popularne było białe frizzante w cenie 13€ za litrową karafkę. Barracuda to miejsce, które przypomina tawernę, mają stoliki zarówno w środku, jak i na zewnątrz z przodu i z tyłu restauracji. Klimat jest niezobowiązujący, idealny na wieczorną posiadówkę.


W niedzielę mieliśmy już pogodę jak na Włochy przystało, było słonecznie i ciepło, woda w morzu miała bardzo przyjemną temperaturę. Cały dzień spędziliśmy na plaży ładując baterie na jesień w Polsce. Na obiad przed rozpoczynającą się siestą wybraliśmy Ristorante Da Todro, ponownie była to restauracja raczej wybierana przez miejscowych. Trzeba więc przyznać, że obsługa nie jest zbyt przyjazna dla turystów, oczywiście jak w większości miejsc we Włoszech ciężko się też porozumieć po angielsku. Jednak można tam zjeść dobre owoce morza i posiedzieć w ogródku. Wraz z Łukaszem zamówiliśmy spaghetti z owocami morza (można było zamówić minimum 2 porcje, koszt takich dwóch porcji to 30€). Danie było spore, pełne owoców morza i w pomidorowym sosie. Piotrek postawił na panierowane i smażone krewetki i kalmary (18€). Klaudia zamówiła makaron strozzapretti z krewetkami (12€), które jednak dziwnie okazały się praktycznie pancerzykami. Na pewno nadawały smak dla sosu, jednak nie do końca tak sobie wyobrażaliśmy te danie. Jako przegryzkę wzięliśmy frytki (5€ za sporą porcję) oraz dużą sałatkę (6€, porcja dla całej czwórki). Litr białego, domowego wina kosztował 12€.


To był świetny weekendowy wypad podczas którego zrealizowaliśmy nasze trzy główne założenia: wypić dużo domowego, włoskiego wina, zjeść coś pysznego i zobaczyć nowy kraj: San Marino. Wszystkie punkty z tej listy się udały, nic więcej nie było nam potrzebne. Włochy to zawsze dobry wybór, tak było również tym razem.



