Gdzie zjeść w Hanoi?
Naszym pierwszym i ostatnim przystankiem w Wietnamie było Hanoi. Miasto, w którym ruch skuterów jest duży, ale tylko z pozoru chaotyczny. Miasto, gdzie wszystko dzieje się na ulicy: sprzedawcy handlują owocami, Wietnamki wyciągają wielkie gary, w których gotują zupy, a następnie kroją surowe mięso, które za chwilę wyląduje na twoim talerzu, a następnie zmywają w plastikowych miskach. Wchodząc do tamtejszych knajpek nie spodziewajcie się ekskluzywności, a prędzej tego, że usiądziecie przy jednym stole z innymi klientami, a jedzenie zostanie podane szybko i bez zbędnych pytań. Nie rozglądajcie się też za bardzo, jeżeli jesteście mocno wrażliwi na punkcie czystości i higieny. Na stole dopatrzycie się wielorazowych pałeczek, pod stołem kosza na śmieci i pozostałości jedzenia. Ale wierzcie mi zaglądając do miejsc tutaj poleconych będziecie zadowoleni z jakości i świeżości jedzenia. A jeżeli cenicie sobie oprócz tego także niskie ceny, to na pewno będziecie zadowoleni.
Banh mi w Banh mi 25 oraz Hoi An
Banh mi to pozostałość po Francuzach. Niezwykle chrupiące bagietki przygotowywane są niemal wszędzie na ulicy, jednak my wybraliśmy dwa polecane miejsca. Jestem fanką białego pieczywa, więc mogłabym je jeść zarówno na śniadanie, jak i lunch czy kolację. Bagietki są wypełnione przeróżnymi dodatkami wśród których możecie wybrać: wieprzowinę, kurczaka, jajko, pasztet czy tofu, a do tego cała masa warzyw i świeżych ziół, a to wszystko z sosami i przyprawami w stylu azjatyckim.
Na pierwszy ogień wybraliśmy się do Banh Mi 25. Na jednej ulicy mają dwa stanowiska, jedno typowo na wynos, drugie z małymi stolikami przy których można usiąść i zjeść. Ja wybrałam bagietkę z wieprzowiną barbecue, natomiast Piotrek z wołowiną i żółtym serem. Odpowiednio 30 i 35 tysięcy dongów, czyli 5,50 – 6,50 zł. Drugim miejscem było Banh Mi Hoi An, w którym zjedliśmy bagietki na wynos siedząc na mikroskopijnych krzesełkach. Tam obydwoje zdecydowaliśmy się na „Hoi An special” w cenie 30 tysięcy dongów. W środku oprócz gotowanej wieprzowiny był również tamtejszy pasztet, papaja, marchewka oraz kolendra, a to wszystko z majonezem i sosem chilli. To miejsce można nazwać sieciówką, bo w samym Hanoi znajduje się kilkanaście knajpek działających pod tym szyldem. Zarówno w Banh mi 25, jak i w Banh Mi Hoi An bagietki były przepyszne, koniecznie musicie ich spróbować.

Bun cha w Bun Cha Huong Lien
Bardzo znana restauracja w Hanoi, a wszystko za sprawą wizyty prezydenta Obamy i kucharza Bourdain podczas której spróbowali potrawy bun cha. Nic nie mówi Wam ta nazwa? Spokojnie, ja też nie miałam wcześniej pojęcia co to. Bun cha to typowe wietnamskie danie na bazie ryżowego makaronu i wieprzowiny. Mięso marynuje się w startym imbirze i czosnku z dodatkiem sosu rybnego i sojowego. Takie mini kotleciki podawane są w sosie (zupce) składającej się z octu ryżowego, soku z limonki i brązowego cukru, który nadaje mu niezwykłą słodycz. To danie podaje się w towarzystwie ryżowego makaronu, a obok znajduje się cały talerz świeżych ziół. W „Bun Cha Huong Lien” zamówicie danie nazwane jako „Obama Combo”, czyli dokładnie to co zamówił były amerykański prezydent. Cena to 120 tysięcy dongów (czyli 22 zł) i oprócz flagowego dania obejmuje także smażoną sajgonkę z owocami morza oraz małe piwo Hanoi. Do czego porównałabym smak tego dania? Do naszych kotletów mielonych zanurzonych w tłustym, słodkim bulionie. Smaku i nazw ziół nie jestem w stanie określić, jest ich bardzo dużo. Sajgonka jest wielka i chrupiąca. A piwo? Oczywiście jest dopełnieniem całości, szczególnie w upalny dzień. P.S. Na piętrze znajdziecie stolik przy którym siedział prezydent Obama, jest zamknięty w szklanym „akwarium” i odpowiednio oznaczony, także znajdziecie na pewno.


Pho w Pho 10 Ly Quoc Su
Zupa pho tu chyba najbardziej znane w Polsce wietnamskie danie. Przyznam, że w naszym kraju próbowałam jej dwukrotnie, a za pierwszym razem kompletnie mi nie smakowała. Fenomen tego gorącego bulionu z wołowiną poznałam dopiero w Hanoi. Pod tą restauracją potrafią stać duże kolejki. Obsługa idzie jednak bardzo sprawnie, po kilku minutach na stole ląduje micha parującej zupy. To miejsce jest na tyle kultowe, że przed wejściem znajduje się informacja, żeby uważać na inne restauracje w Hanoi, które próbują zmylić turystów podobną nazwą. Micha zupy pho w tej knajpce kosztuje 65 tysięcy dongów, czyli około 12 zł. Wybraliśmy wersję z wołowiną „well done”, ale i tak widzieliśmy („kuchnia” znajduje się tuż przy stolikach), że ląduje ona w gorącej zupie dosłownie na minutę, może dwie. Zupa pho to azjatycki rosół, który gotowany jest najczęściej na wołowinie (chociaż znajdziecie też wersję z kurczakiem) z dodatkiem anyżu i imbiru. Podaje się ją z dymką, świeżą kolendrą i pachnotką, a także marynowanymi plastrami czosnku. Na stołach znajduje się dodatkowo ostry sos oraz świeża limonka, więc nie zapomnijcie ich dodać przed jedzeniem do swojej zupy. Pho jest przepyszna, w Wietnamie jedliśmy ją później zarówno na kolację, jak i na śniadanie.

Sajgonki w Katze Vegan & Vegetarian
Aby znaleźć tę restaurację należy wcześniej natknąć się na jej recenzję na jednym z blogów lub grup na Facebooku. W innym przypadku w gąszczu uliczek może być ciężko trafić do niej tylko przypadkiem. Wchodzi się prosto z ulicy na pierwsze piętro, gdzie znajduje się kilka stolików oraz wydzielone miejsce na kuchnię. Menu jest spore (szczególnie jak na wietnamskie standardy, gdzie w restauracjach często serwowane jest tylko jedno danie, w którym się specjalizują). Wybraliśmy więc opcję zamówienia tego co turyści przy stoliku obok. Mimo nazwy restauracji można już zamówić tam dania mięsne. My wybraliśmy jedną porcję mięsnych, a drugą porcję wegańskich sajgonek. Obydwie wersje były pyszne, a oprócz nich otrzymaliśmy również wegańską zupę, całą michę świeżych ziół, tofu w lekko pomidorowym sosie oraz ogromną porcję ryżu. Właściciel osobiście obsługuje klientów przedstawiając swoją historię, która jest swoistą podróżą od dziecka żyjącego na ulicy do przedsiębiorcy i osoby udzielającej się społecznie na rzecz bezdomnych dzieci. Restauracja ma niespotykaną wręcz ocenę 5.0 na Google, a my polecamy ją dla niezwykle wzruszającego doświadczenia oraz autentycznej kuchni, nie tylko dla wegan.

Wietnamska kawa, kawa z jajkiem i kawa kokosowa w Cafe Dinh i The Note Coffee
Piotrek uwielbia czarną, mocną kawę bez dodatków, więc typowa wietnamska kawa bardzo mu smakowała. Wyczuliśmy tam aromaty czekolady i orzechów. Zachęceni postanowiliśmy więc spróbować innych rodzajów kawy. Najsłynniejszą jest egg coffee, czyli kawa z jajkiem. Jej smak można porównać do kawy z koglem moglem, jest gęsta i słodka. Wiem, że wiele osób się nią zachwyca, ale ja nie jestem ani fanką słodyczy, ani słodzonej kawy. Musicie jednak spróbować i sami się przekonać, czy trafia do Was takie połączenie. Egg coffe próbowaliśmy w Cafe Dinh, mocno charakterystycznej kawiarni, gdzie mimo popularności wśród turystów nadal mnóstwo jest miejscowych. Do kawiarni wchodzi się po stromych schodach (jak to zwykle w Hanoi bywa), w środku jest dosyć ciemno, a siedzi się oczywiście na małych krzesełkach. Mnie do gustu znacznie bardziej przypadła kawa kokosowa, nie była taka słodka, a czy była z dodatkiem kokosa faktycznie, czy tylko syropu to ciężko mi ocenić. Próbowałam jej w The Note Coffee, popularnej (na pewno na Instagramie) kawiarni, w której można nakleić (na drzwiach, na stole, a nawet na suficie) kolorową karteczkę typu „post-it” ze swoimi przemyśleniami. Jeżeli znajdziecie w niej nazwę mojego bloga – koniecznie dajcie znać.


Jedzenie w Hanoi pachnie świeżymi ziołami, bez trudu znajdziecie tutaj zarówno mięsne, jak i wegetariańskie dania, a do tego niemal wszystko jest smaczne i tanie. Obawiam się tylko jednego, że tamtejsza kuchnia w swojej autentyczności jest niemal nie do powtórzenia gdzie indziej na świecie, więc no cóż… będziemy musieli tam wrócić.


