Gdzie zjeść w Brukseli?
Piwo, frytki i gofry to wystarczające powody, żeby wybrać się na citybreak do Brukseli. Niektórzy dodają do tego zestawienia jeszcze mule, jednak my jeszcze nie zostaliśmy ich fanami oraz rzecz jasna czekoladę (jeżeli ktoś jest miłośnikiem słodyczy). Przyznam, że wyjazd do Brukseli nie był wysoko na podróżniczej liście, nie napawał mnie też specjalnym entuzjazmem. Jak to jednak zwykle bywa (gdy nie ma się zbyt wielkich oczekiwań) to miasto zaskoczyło mnie pozytywnie. Gdybym miała opisać je w skrócie, to powiedziałabym po prostu, że w Brukseli miło spędza się czas, a pomaga w tym proste, smaczne jedzenie i (nie oszukujmy się) najwięcej na świecie rodzajów piwa.
Frytki w Maison Antoine i Fritland
Podczas zwiedzania głównej części miasta zajrzyjcie do Fritland, mieści się tuż obok Grand Place. Swoją porcję frytek możecie wziąć na wynos lub zjeść na miejscu. Duże frytki z wybranym sosem kosztują 5 €. Wśród sosów znajdziecie ketchup curry, barbecue czy koktajlowy z dodatkiem whisky.

Do Maison Antoine wybierzecie się w dniu, w którym zaplanujecie zwiedzanie Parlamentu Europejskiego. To budka na środku placu, w której podobno jadała Angela Merkel 😉 Mała porcja frytek kosztuje 3,30 €, a duża 3,70 €. Do wyboru mnóstwo sosów i chociaż podobno najbardziej klasycznym rozwiązaniem jest zamówienie majonezu, to znajdziecie tam również sos koktajlowy, curry czy tatarski. Osobiście frytki smakowały mi bardziej w Maison Antoine niż w Fritland, ale są to niewielkie różnice, bo umówmy się, że to danie nie jest specjalnie skomplikowane.
Gofry
Podobno dobre gofry można zjeść w Brukseli absolutnie wszędzie. Faktycznie spacerując w okolicach Grand Place co chwilę są mini-kawiarnie sprzedające gofry na wynos. Na wystawach prezentują się gofry z rozmaitymi dodatkami, od tych bardziej oczywistych z bitą śmietaną i owocami, aż po wytrawne gofry z… wołowym tatarem. Nam nie udało się zjeść w żadnym polecanym miejscu, jednak gofry zjedliśmy pod Atomium z food-trucka, gdzie były tylko dwie propozycje do wyboru z bananem lub truskawkami, a do tego sos czekoladowy lub truskawkowy. Gofr z wybranym owocem i jedną polewą to koszt 5 €. Nie wiem jak smakują w rekomendowanych miejscach, ale te były absolutnie pyszne.


Tradycyjna kuchnia flandryjska w Fin de Siecle
Jak to zwykle bywa na szybkich citybreakach brakuje czasu na rozsiadanie się w restauracji i czas na celebrację posiłku. Swoją drogą na długich roadtripach też nie ma na to czasu, ale kto by się tym przejmował. Jeden z wieczorów jednak udało się nam spędzić w polecanej we wszystkich przewodnikach restauracji Fin de Siecle (Koniec Wieku). Można zjeść tam najbardziej znane dania kuchni flandryjskiej (którym ponoć bliżej do holenderskiej). Dania są proste i bardzo sycące. Przed restauracją w godzinach wieczornych ustawiła się już spora kolejka, jednak tamtejszy kierownik sali sprawnie nią zarządzał przydzielając stoliki. Menu wypisane jest kredą na tablicy i uwaga: tylko po francusku. Warto więc wcześniej przygotować sobie co chcemy zjeść. My próbowaliśmy carbonnades à la bière (19 €) oraz stoemp saucisse (17 €). To pierwsze to wołowy gulasz na bazie piwa, natomiast stoemp to puree ziemniaczane tłuczone z różnymi jarzynami i w tej wersji podawane z białymi kiełbaskami. Białe kiełbaski najbardziej przypominały niemieckie bratwursty, a puree ziemniaczane nasz śląski panczkraut. Dania były przepyszne, z kategorii comfort food, czyli dań które poprawiają nastrój i rozgrzewają od środka.

Piwo w Delirium i Cafe Belga
Delirium to nie tylko jedna knajpa z piwami. To wręcz cała ulica (nazywana na ich stronie internetowej Delirium Village) na której zlokalizowane są bary działające pod tym szyldem. W każdej z nich wypijecie hektolitry piwa. Zasłynęli w 2004 roku poprzez wpis do Księgu Guinnessa, gdy serwowali 2004 piw z całego świata. Delirium Taphouse to miejsce, gdzie napijecie się lanego piwa (27 nalewaków), obok znajdziecie bar, gdzie mają głównie piwa butelkowe, a na początku ulicy znajduje się knajpka, gdzie serwują metrowe deski degustacyjne na których mieści się 10 szklaneczek piwa (25 € ).

Do Cafe Belga wyruszyliśmy z premedytacją, aby odwiedzić miejsce, w którym Taco Hemingway napisał płytę o tym samym tytule co nazwa kawiarni. Miejsce z kawą ma niewiele wspólnego, to kolejne miejsce, do którego mieszkańcy Brukseli (i turyści) wybierają się, aby napić się piwa. W karcie jest kilkanaście rodzajów, więc możecie spróbować jakiekolwiek lubicie. W sobotnie południe w zasadzie wszystkie stoliki były zajęte. Fajne miejsce, żeby posiedzieć, ale ciężko byłoby mi się skupić na tyle, żeby coś tam napisać.

Czy pojechałabym jeszcze raz do Brukseli? Czemu nie, tym razem może żeby zwiedzić fabrykę czekolady i nieco większy browar niż muzeum piwa na Grand Place. Może po to, żeby ruszyć stamtąd do Brugii, która jest często wychwalana przez tych, którzy mieli już okazję ją odwiedzić. A może po prostu po to, żeby raz jeszcze usiąść w Delirium i wypić piwo kaktusowe. Czemu nie?


