Dwa dni w Singapurze
Zwiedzenie Singapuru w dwa dni? Czy to w ogóle jest możliwe? Są tacy, którzy zwiedzają to miasto-państwo w trakcie dłuższej przesiadki, w oczekiwaniu na kolejny samolot, więc wygląda na to, że my mieliśmy sporo czasu. Wystarczająco, żeby zobaczyć słynny pokaz fontann (dużo lepszy niż ten w Barcelonie, ale nie do porównania z Las Vegas, bo tam z powodu wiatru nie widzieliśmy go wcale…), wystarczająco, żeby zachwycić się świetlistymi iluminacjami w Gardens by the Bay. Starczyło czasu, żeby pojechać na wyspę Sentosa, odpocząć i zachwycić się tamtejszym zachodem słońca. Zdążyliśmy poczuć Chinatown i Little India, przekonać się, że Singapur jest miksem kultur i narodowości. Jedynie co nas ominęło to zwiedzanie najlepszego lotniska na świecie, bo zostawiliśmy sobie go na koniec podróży, a wtedy okazało się, że do Kuala Lumpur lecimy z maleńkiego lotniska, a nie ze słynnego Changi. Myślę jednak, że jeszcze kiedyś będziemy mieli okazję to nadrobić.
Poruszanie się po Singapurze jest cudownie proste. Nie ma nawet konieczności kupowania karty na metro, bo na czytnikach można odbić po prostu zwykłą kartę płatniczą. Dzięki temu, że podczas podróży korzystamy z karty Revolut mieliśmy na bieżąco kontrolę nad wydatkami za poszczególne przejazdy. Metro (jak całe miasto) jest bardzo czyste i bezpieczne. Niczym nie przypomina nowojorskiego, prędzej kojarzy się z nowoczesnym pociągami. W mieście oprócz metra jest również dobrze rozwinięta sieć autobusów oraz działa aplikacja Gojek, czyli tamtejszy odpowiednik Ubera (w którym można płacić zarówno za pomocą aplikacji, jak i gotówką).
Nocowaliśmy w Hotel Classic by Venue, który znajdował się w niedalekiej odległości od stacji metra Paya Lebar oraz centrum handlowego Joo Chiat Complex. Obiekt mieści się w dzielnicy Geylang i podobno właśnie z powodu tej lokalizacji hotele, które tam się mieszczą są stosunkowo niedrogie w porównaniu z pozostałymi dzielnicami w Singapurze. Dwa noclegi kosztowały nas 769 zł, jednak w cenie nie było śniadania. Pokój był mały, ale wyposażony we wszystko co było nam potrzebne na tak krótki pobyt. Jeżeli tak jak my będziecie tęsknić za wietnamskim banh mi (które być może pamiętacie z mojego wpisu „Gdzie zjeść w Hanoi?”) to w odległości 800 metrów od hotelu znajdziecie Joo Chiat Caphe, gdzie zjecie chrupiące bagietki i wypijecie wietnamską kawę. W tej singapurskiej knajpce jedynie ceny nie będą wietnamskie, ale smak będzie jak najbardziej odtworzony perfekcyjnie.
Naszym pierwszym celem podróży była Marina Bay, czyli te wszystkie miejsca, które znacie z widokówek (a teraz raczej zdjęć na Instagramie) Singapuru. To tam znajduje się obiekt Marina Bay Sands z charakterystycznym dachem będącym częścią hotelu z niesamowitym infinity pool. W odległości spaceru jest również Singapore Flyer, czyli koło widokowe, superdrzewa w Garden by the Bay i pokaz fontann Spectra.

Jako pierwszy posiłek w Singapurze w planach mieliśmy burgery u Gordona Ramsaya, jednak ich ceny przyprawiły nas o zawrót głowy. Na szczęście byliśmy obok centrum handlowego, a umówmy się, wszyscy w Singapurze jedzą w food courtach. Na kolację zjedliśmy więc tajwańskie pierożki w sieciówce Din Tai Fung. Jedno jest pewne, gdy zobaczycie ten lokal gdziekolwiek na świecie – wchodźcie śmiało, bo jedzenie jest bardzo smaczne. Najpewniej jednak tylko w Singapurze zamówienie złożycie jeszcze przed lokalem w aplikacji, a do stolika odprowadzi was… robot.

Wieczór zakończyliśmy oglądając wspomniany pokaz fontann, a następnie pobiegliśmy do superdrzew (obydwa są bezpłatne), wykończeni dotarliśmy późnym wieczorem do naszego hotelu.

Następnego dnia nie mieliśmy planu na śniadanie, jednak chcieliśmy koniecznie zjeść w najtańszej na świecie restauracji z gwiazdką Michelin, która mieści się w Chinatown. Udaliśmy się więc tam w pierwszej kolejności. Restauracja przypominająca bardziej bar szybkiej obsługi nosi nazwę Liao Fan Hawker Chan. Nie spodziewajcie się tam ekskluzywnych dań, obrusów ani pierwszorzędnej obsługi. Najpierw podchodzicie do lady (przypominającej te w Mc Donald’s), gdzie składa się zamówienie, otrzymuje zamówione napoje oraz rachunek z numerkiem. Po wyświetleniu się numerka na ekranie podchodzi się ponownie i samemu odbiera zamówienie. Zamówiliśmy flagowe danie, czyli Soya Sauce Chicken, jedno w wersji z ryżem, a drugie z noodlami. Zachęceni gwiazdką Michelin, a uprzedzeni recenzjami w opiniach Google (ocena zaledwie 3.8) nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Po spróbowaniu nasza recenzja brzmiała po prostu „no cóż, kurczak”. To było smaczne danie, ale bez fajerwerków. Smaku nadaje mu sos sojowy tworząc przyjemną (choć nie chrupiącą) skórkę. Będąc w Singapurze zajrzyjcie do tego miejsca, jest elementem tutejszego folkloru, a tę wizytę na pewno będziecie pamiętać.

Po krótkim spacerze po Chinatown, gdzie kupiliśmy oryginalne pamiątki w przystępnej cenie udaliśmy się do Little India. Można tam zrobić zdjęcia przy kolorowych budynkach i obejrzeć niezwykłe hinduskie świątynie. W związku z tym, że byliśmy po śniadanio-lunchu nie jedliśmy nic w tej dzielnicy, ale słyszeliśmy, że w tamtejszych restauracjach podają prawdziwe pyszności.

My jednak w planach mieliśmy jeszcze wyprawę na wyspę Sentosa. Znajdują się tam Universal Studios (rewelacyjne miejsce, ale mieliśmy już okazję odwiedzić je w Los Angeles), aquapark, akwarium, ale także hotele i restauracje. Na wyspę można dostać się pieszo, kolejką (w stylu metra – 4 stacje) albo kolejką linową (najdroższa opcja). My wybraliśmy podróż tą kolejką-metrem, która z nieznanych nam przyczyn była dla nas (lub po prostu tego dnia) darmowa. W okolicach plaży, gdzie postanowiliśmy odpocząć odbywał się akurat turniej sportowy lub jakiś integracyjny zjazd studentów, w tym samym czasie nieco dalej był zjazd foodtrucków wraz z kinem w plenerze. Atmosfera na wyspie jest iście wakacyjna i chociaż jest to miejsce sztucznie stworzone, a plaże są usypane to myślę co z tego? Można odpocząć, plażować i obejrzeć piękny zachód słońca. Wracając do centrum miasta Piotr nie mógł sobie odmówić wizyty obok figury Merlion, czyli stwora będącego… pół lwem, pół rybą. Tuż obok niego znajduje się taras z którego zobaczyliśmy Singapur z drugiej strony niż poprzedniego dnia. To było piękne zakończenie wizyty w tym mieście.

Zapewne Singapur ma do zaoferowania o wiele więcej, jednak nie na wszystko starczyło nam czasu, a na wiele więcej nie starczyłoby nam pieniędzy. Kraj jest jednym z najdroższych, w których byliśmy. Zaskakuje jednak nowoczesnością, połączoną z niesamowitymi instalacjami, a zarazem luzem i bezpieczeństwem. Także śmiało, odwiedźcie to miasto niezależnie od tego, czy macie na to kilka godzin, czy kilka dni.


