Plan na podróż

Co zobaczyć w Kuala Lumpur?

W Kuala Lumpur spędziliśmy trzy noce i mieliśmy świadomość, że w tej podróży omijamy przepiękne plaże w Langkawi, wyspy Perhentian i pola herbaciane w Cameron Highlands. Tym razem jednak był to krótki przystanek podczas zwiedzania Azji i postawiliśmy na nowoczesną stolicę Malezji. Nocleg zarezerwowaliśmy w Expressionz Suites by iHost Global. Na Bookingu znajdziecie wiele ofert w tych budynkach, ale właścicieli jest co najmniej kilku. Za 3 noce w tym genialnym miejscu zapłaciliśmy 584 zł. Przy zakwaterowaniu pobierana jest kaucja w wysokości 300 MYR (tylko gotówka). Sporo osób w opiniach pisało, że jeżeli wyjeżdżacie wcześnie rano to niemożliwym jest odzyskanie depozytu, ponieważ recepcja jest otwarta tylko w określonych godzinach. My od razu przy zameldowaniu zgłosiliśmy wcześniejszy wyjazd i kaucja nie została nam pobrana. Warto dopłacić za pokój z widokiem na Petronas Tower, bo szczególnie w godzinach wieczornych robią niesamowite wrażenie. Najbardziej charakterystyczny jest jednak basen znajdujący się na 48. piętrze. Jest to tak zwany infinity pool, czyli basen bez krawędzi z widokiem na dwie bliźniacze wieże. Wstęp na basen jest płatny (zdaje się, że 20 MYR, które przelicza się właściwie 1:1, czyli 20 zł), ale w ramach tej ceny można z niego korzystać cały dzień (wchodząc i wychodząc, dostając przy wyjściu pieczątkę). Przy basenie są trzy kanapy i kilka leżaków bezpośrednio w wodzie, nie ma baru z przekąskami, nie można też wnosić żadnych napoi. W budynku na dole znajduje się automat z kawami Starbucks i mały sklepik z podstawowymi produktami. Do centrum miasta nie jest bardzo daleko, ale spacerem się tam nie dostaniecie (brak chodników, ścieżek spacerowych), należy więc wziąć lokalnego Bolta.

Do Kuala Lumpur przylecieliśmy z nowoczesnego Singapuru. Wylądowaliśmy w godzinach wieczornym i naszym pierwszym przystankiem tuż po zameldowaniu się w hotelu był… bar, ponieważ planowaliśmy obejrzeć mecz Mistrzostw Świata, w których tego wieczoru Polska grała z Arabią Saudyjską. Stolik zarezerwowałam przez stronę internetową The Dark Horse – Bar & Grill przy rezerwacji zaznaczając, że zależy nam na takim z widokiem na jeden z telewizorów. W barze znajduje się też taras, okazyjnie można również posłuchać muzyki na żywo. Ceny (zwłaszcza po odwiedzeniu Singapuru) nie wydawały się wygórowane. Zdecydowaliśmy się na przekąski idealne do meczu: zakręcone frytki (12 zł), nachosy z guacamole i jalapeno (33 zł) oraz quesadille (21 zł). Do tego można zamówić wiaderko z 5 małymi piwami. Najkorzystniej wychodzi piwo marki Singha, jednak nadal 5 małych piw kosztuje 100 zł. Ponadto do wszystkich cen przy płaceniu rachunku doliczany jest podatek w wysokości 6% oraz serwis w wysokości 10%. Jak więc można zauważyć Malezja jako kraj muzułmański ceny alkoholu ma znacznie zawyżone porównując chociażby z cenami jedzenia czy noclegów w hotelu. Spędziliśmy jednak świetny wieczór zważywszy również na to, że reprezentacja Polski wygrała ten mecz, a miejscowi podchodzili do nas gratulując wygranej.

Rano postanowiliśmy wybrać się pod słynne wieże Petronas Tower, jednak nie decydowaliśmy się na wjazd na górę (w końcu to one są najważniejsze, jeżeli chodzi o widok na to miasto). Pod wieżami znajduje się centrum handlowe, a wokół bardzo ładny park z trasami spacerowymi.

Następnie zaopatrzeni w wodę i puszki coli (był niesamowity upał) ruszyliśmy pod wieże telewizyjną, czyli kolejny charakterystyczny punkt na mapie tego miasta. Spacer teoretycznie miał zaledwie 2,5 kilometra, jednak z uwagi na temperaturę i wysoką wilgotność (zbliżała się burza) nie należał do najprzyjemniejszych. Mokrzy jak szczury dotarliśmy pod wieżę Menara (421 metrów) i zrobiliśmy kilka zdjęć w charakterystycznych miejscach. Wieczór spędziliśmy nad basenem w naszym Hotelu oglądając miasto z góry.

Drugi i ostatni pełny dzień rozpoczęliśmy od odświeżenia się w basenie, a następnie ruszyliśmy do Batu Caves. Batu Caves to hinduskie świątynie, które znajdują się w jaskiniach niedaleko Kuala Lumpur. Oddalone są o 13 kilometrów od naszego noclegu, więc ponownie wybraliśmy Bolta. W mieście znajduje się wprawdzie rodzaj kolejki czy pociągu, ale nasza podróż zajęłaby wtedy godzinę zamiast 20 minut samochodem, a ceny Bolta w tym mieście są śmiesznie tanie (podróż w jedną stronę to około 20 zł). Skała, w której wydrążone są świątynie ma ponoć 400 milionów lat, a przed wejściem pyszni się ogromny złoty posąg. Do jaskiń prowadzi prawie 300 kolorowych schodów, po drodze spotkacie mnóstwo małp, które miejscowi i turyści przyzwyczaili do karmienia. Nie polecam jednak zbliżać się do nich, potrafią być agresywne i zaczepne. My na szczęście obserwowaliśmy je z bezpiecznej odległości i nie byliśmy świadkami żadnej niebezpiecznej sytuacji, ale w Internecie roi się od takich historii. Po wejściu do jaskiń zobaczycie kolejne zwierzęta i będą nimi… koguty. Jaskinia jest świętym miejscem dla Hindusów, ale z przerażeniem obserwowałam jak boso wchodzą po stopniach upstrzonych odchodami małp, kogutów i gołębi. Na szczęście turyści nie muszą zdejmować butów, należy jednak mieć długie spodnie i zasłonięte ramiona. Wejście do świątyni jest bezpłatne.

Naszym kolejnym punktem był KL Bird Park, a więc sporej wielkości park, w którym zobaczycie mnóstwo rodzajów ptaków. Park otwarty jest od rana do 17:30, a bilet wstępu jest stosunkowo drogi, ponieważ kosztuje 75 zł od osoby. Na wejściu zostaliśmy osaczeni przez pawia, który rozłożył swój piękny ogon, co wprawiło nas w osłupienie pomieszane z przerażeniem. Zobaczyliśmy też dzioborożce, które mają narośl na górnej części dzioba co sprawia wrażenie jakby dzioby były dwa. Z parku (ale także nie wchodząc do niego) warto wybrać się do restauracji o nazwie Hornbill Restaurant & Cafe, w której można zamówić dania kuchni malezyjskiej (ale nie tylko). My wybraliśmy pikantną zupę tajską Tom Yum za 24 zł (smaczna, ale zjedźcie ją lepiej w Tajlandii, bo tutaj jest całkiem inna), chicken & pork satay, czyli szaszłyki z kurczaka i wieprzowiny (6 szt. za 17 zł) z orzechowym sosem (przepyszny, jedliśmy już taki w Bangkoku) oraz zupę laksa (24 zł), którą koniecznie chciałam spróbować w Malezji. Szaszłyki były proste i smaczne, laksa pikantna, kwaśna i pełna nowych smaków. Po posiłku zamówiliśmy również malezyjską kawę, którą okazała się czarna kawa w saszetkach jak do herbaty.

W stolicy Malezji spędziliśmy dwa pełne dni. Kuala Lumpur okazało się nowoczesne, łatwe do zwiedzania i idealne, aby spędzić w nim trochę czasu. To miasto mamy jednak w planach odwiedzić ponownie, żeby wyruszyć stamtąd w dalszą podróż po Azji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *