Piękny, dziwny, drogi Izrael
Do Tel Avivu przylecieliśmy bezpośrednim lotem z Krakowa. Tuż po przylocie zmierzyliśmy się z protestami przeciwko reformie sądownictwa, co w efekcie poskutkowało ponad 2-kilometrowym spacerem z bagażami wprost do naszego wynajętego mieszkania. Nocleg zarezerwowaliśmy na portalu Booking. Wybraliśmy Mr. Montana – By TLV2GO z w pełni zasłużoną oceną 8.3. Za 4 noce dla 4 osób zapłaciliśmy 2900 zł (pierwsza lekcja: w Izraelu nic nie jest tanie). To miejsce noclegowe było doskonałą bazą wypadową, a dzięki uprzejmości gospodarzy („poznanych” jedynie poprzez WhatsApp) mogliśmy zameldować się nieco wcześniej. Mieszkanie nada się dla rodziny z dziećmi lub czwórki przyjaciół, którzy nie mają obsesji na punkcie prywatności, gdyż składa się z jednej sypialni i jednego salonu połączonego z kuchnią, przez którą bezpośrednio wychodzi się na ogródek. W ogródku spora ławka i leżaki, a także nieprzeciętna ilość czarnych kotów o imieniu Puma (imię wymyślone na potrzeby 4-dniowego pobytu i owej blogowej narracji). Jeżeli więc nie jesteście miłośnikami kotów możecie… od razu przestać czytać i przede wszystkim nie rezerwujcie tego miejsca noclegowego. W bliskiej odległości znajdują się przynajmniej dwa dobrze zaopatrzone sklepy z cenami podanymi w izraelskich szeklach, których dla własnego zdrowia psychicznego nie przeliczajcie na złotówki. Rzekome zamknięcie sklepów w dniach szabatu nie okazało się prawdą.


Swoje pierwsze kroki skierowaliśmy w kierunku szybkiego lunchu w postaci kanapki sabih (jeżeli nie czytaliście to odsyłam Was do mojego smacznego wpisu o jedzeniu w Izraelu), a następnie zrobiliśmy sobie długi spacer plażą i deptakiem aż do Old Jaffa. Tel Aviv jest imprezowym miastem, swoistą enklawą na mapie Izraela, tak różną od Jerozolimy i pustynnych miasteczek nad Morzem Martwym, że ciężko uwierzyć, że to wszystko znajduje się w jednym państwie. Mieszanka kulturowa i religijna jest mocno odczuwalna, a jednocześnie to wszystko żyje w przynajmniej pozornej symbiozie. Pozorne jest także poczucie bezpieczeństwa, bo podczas gdy my oglądaliśmy zachód słońca na tym samym deptaku (kilka dni po naszym powrocie) w jednego z turystów wjechał samochód i bynajmniej nie był to nieumyślny wypadek. Nie sposób także nie zauważyć wszechobecnych schronów do których po usłyszeniu dźwięku syren należy schronić się w ciągu 90 sekund (na szczęście to lekcja, której nie musieliśmy odbyć). Naszej uwadze nie może umknąć fakt, że kontrola na lotniskach jest tutaj bardziej szczegółowa niż do tej pory mieliśmy okazji doświadczyć. We wnętrzu wynajmowanego mieszkania znajdował się „mamad”, a więc pokój z drzwiami przypominającymi pancerne, a po wewnętrznej stronie okna znajdowała się metalowa zasuwa. W Izraelu gdy już zawiodą systemy bezpieczeństwa zawsze można jeszcze wspomóc się religią: przy drzwiach wejściowych Żydzi umieszczają bowiem mezuzę, którą według obyczaju należy dotknąć wypowiadając przy tym modlitwę z prośbą o błogosławieństwo wszystkich swoich wyjść i bezpiecznych powrotów.





Do Jerozolimy udaliśmy się w piątek rano, a na jej zwiedzanie mieliśmy czas do rozpoczęcia szabatu, a więc do godziny 14:00/15:00. Nieoficjalnie więc mianowaliśmy się osobami, które prawdopodobnie najszybciej zwiedziły Jerozolimę. Zdaję sobie sprawę, że ktoś ma ochotę lub potrzebę zostać tam dłużej, jednak nam taka wycieczka w zupełności wystarczyła. Z miejsca noclegu udaliśmy się na przystanek autobusowy Arlozorov/Ben Yehuda i autobusem numer 4 podjechaliśmy do stacji TelAviv HaHagana z której pociągiem można dojechać do Jerozolimy (stacja Yitzhak Navon). Trasa pociągiem zajmuje około 35 minut podczas których można przyjrzeć się lokalnej, jakże różnej społeczności. Po przyjeździe zaliczamy śniadaniową szakszukę o której już również wspominałam w poprzednim wpisie. Wdzierając się do miasta przez Bramę Damasceńską oglądamy prawdziwy popis kiczu w iście jarmarcznym stylu zlokalizowanym tam gdzie powinna być Droga Krzyżowa. Spośród czternastu stacji dostrzegamy zaledwie trzy, pozostałe są bowiem zasłonięte przez figurki Spidermanów, jarmułki z napisem „Make America Great Again” i wszechobecne bankomaty. Tak, można kupić różańce (targujcie się ostro), a nawet koronę cierniową. Po co? Zastanawiam się po dziś dzień. Idziemy powoli, bo tłum jest niesamowity, a wszyscy napierają w kierunku Ściany Płaczu. Przed wejściem zostajemy zaatakowani pytaniem czy jesteśmy muzułmanami oraz przechodzimy kontrolę zbliżonej do lotniskowej. Chętni mogą wcześniej kupić Biblię lub Torę w automacie vendingowym. Plac zlokalizowany przed Ścianą Płaczu jest podzielony na dwie części: dla kobiet i mężczyzn, a więc modlą się osobno, ale jeżeli wierzyć spotkanym tam turystkom wiele kobiet wypatruje przez płotek swoich przyszłych mężów. Spod Ściany Płaczu już niedaleko jest do Bazyliki Grobu Świętego. Czy należy mieć zakryte ręce i nogi? Tak, dla szacunku i własnego świętego spokoju.

Ostatnim pociągiem wracamy do Tel Avivu, gdzie szabatowe popołudnie spędzamy na Banana Beach. Poznajemy lokalną artystkę (całe 9 osób obserwujących jej kanał na You Tubie) i dowiadujemy się sporo o osobach mieszkających w Tel Avivie. Większość rozmowy sprowadza się jednak do tematu zatrudnienia i zarabianych pieniędzy. Wygląda na to, że tutaj mieszkańcy upodabniają się do Amerykanów, którzy bez zająknięcia opowiadają o swoich kwitkach z wypłaty. Skąd ten temat? Z prostej przyczyny: Klaudia robiąca karierę w branży IT chce zamieszkać w co drugim odwiedzanym przez siebie miejscu pracując stamtąd zdalnie. Póki co nadal szuka, ale wygląda na to jakby Tel Aviv mógł być jedną z tych destynacji.
Sobota jest naszym chill day. Zaopatrzeni w mokry prowiant spędzamy dzień na Gordon Beach, pływając i śmiejąc się z tylko nam zrozumiałych żartów tworzonych na potrzeby leniwego popołudnia. W teorii można wypożyczyć rowery lub hulajnogi, ale umówmy się: chill day naprawdę rządzi się swoimi prawami i nawet dla zatwardziałej przeciwniczki plażowania jest to święte prawo podróżnika.
W niedzielę zrywamy się skoro świt, aby dotrzeć nad Morze Martwe. Po drodze popełniamy kilka logistycznych błędów próbując dostać się do jednego z tylko dwóch dostępnych bezpośrednich autobusów do Ein Bokek. Bilety należy kupować z większym wyprzedzeniem w aplikacji lub na stronie internetowej (lekcja trzecia), której nie umieją obsługiwać nawet miejscowi. Po chwili zwątpienia wybaczamy sobie jednak to nieprzygotowanie i ruszamy na pociąg w kierunku Jerozolimy, gdzie przesiadamy się do autobusu w kierunku upatrzonej miejscowości. Telepiemy się przez izraelskie pustynie lokalnym środkiem transportu i gdzie docieramy na miejsce jest już popołudnie. Dziękujemy sobie w duchu, że a) nie zjedliśmy śniadania, bo pewnie musielibyśmy je zwrócić gdzieś po drodze i b) że Izrael jest na tyle daleko od Włoch, że nie dotarł tu bzdurny pomysł sjesty i że możemy od razu zjeść obiad. Po otrzymaniu za niego rachunku dorzucamy podziękowanie c) że był to jedyny na dziś zaplanowany posiłek „na mieście”. W odległości kilku kroków znajduje się plaża Morza Martwego. Sama miejscowość też wygląda na nieco martwą, restauracje można policzyć na palcach jednej ręki, dostępne hotele na palcach dwóch. Z megafonów rozlegają się przypomnienia, żeby uważać na siebie w wodzie (co ciekawe w miejscu w którym podobno nie można się utopić) oraz żeby owej wody nie pić, a po ewentualnym zakrztuszeniu natychmiast udać się do ratownika. Natychmiast należy się również udać pod prysznic (i to co najmniej trzy razy) po wyjściu z tej piekielnie słonej wody. Czy przestrzegamy zaleceń? Staramy się. Ważne jednak okazuje się zdjęcie z rozłożoną gazetą (na niej artykuł o piątkowej strzelaninie niedaleko naszego mieszkania) oraz z „Travelerem” z żółtym napisem „Izrael”, który miałam po powrocie oddać siostrze. Poziom zasolenia jednak sprawił, że gazeta ulega zniszczeniu. Ważne okazuje się zdjęcie na tyle, że Klaudia rani swoją stopę o jeden z ostrych kamieni. Na szczęście nie aż tak mocno, ale wystarczająco żebyśmy mogli z czystym sumieniem pożegnać się z Ein Bokek, gdzie temperatura przewyższała 33 stopnie. Wracając pocieszamy się puszką zmrożonej coca-coli (to my) i koszernym Mc Donald’s (to Klaudia).


Ostatni dzień kończymy jedząc hummus w knajpce stylizowanej na synagogę i pijąc świeżo wyciskany sok z pomarańczy na jednej z plaż na deptaku Tel Avivu. Oj, Izreaelu! Jaki byłeś piękny, przedziwny i… drogi!


