Smaki w podróży

Fast food w podróży po parkach narodowych w USA

Trzeba przyznać, że kuchnia USA bazuje na fast foodach. Takiej ilości przydrożnych knajp, dinerów tuż przy motelach oraz sieciówek nie znajdziecie nigdzie indziej. Można się tak żywić tydzień lub dwa, ale na dłuższą metę jest to szkodliwe i w żadnym stopniu nie przypomina domowej kuchni. W podróży po parkach narodowych, kiedy musieliśmy oszczędzać czas, aby zobaczyć jak najwięcej takie fast foody okazały się jednak dobrym rozwiązaniem. Zaoszczędziły czas, a także pieniądze w naszych portfelach.

PIZZA W PIZZA ROCK W LAS VEGAS

Swoją przygodę rozpoczęliśmy w Las Vegas, mieście, którego nie darzę zbytnią sympatią. Jest tak samo prawdziwe jak Elvis Presley udzielający ślubów czy tamtejsza Statua Wolności. Tak samo prawdziwe jak fakt, że ponoć w tamtejszym kasynie można spełnić sny o bogactwie. Las Vegas jest jednak doskonałym miejscem, by w rozsądnej cenie wynająć samochód w jednej z wielu wypożyczalni i po chwili już zwiedzać parki narodowe Nevady, Arizony czy Utah. Tym razem nocowaliśmy przy Fremont Street, która mi obecnie przypadła do gustu bardziej niż Strip na którym byliśmy 4 lata temu. Przez „przypadł mi do gustu” mam na myśli byłam w stanie spędzić tam nieco ponad pół godziny nie dostając przy tym oczopląsu i bólu głowy od przebodźcowania. Przeszliśmy się tą kolorową ulicą oglądając pokazy lokalnych „artystów” (wśród nich na przykład Marilyn Monroe w stylu tej z filmu Kac Vegas). Po spacerze byliśmy prawdziwie uradowani, że nikt z jeżdżących tyrolką nad naszymi głowami nie puścił na nas pawia. Po nasyceniu się kolorowymi pokazami świateł, wizualizowanym „koncertem” Shakiry postanowiliśmy skierować się ku polecanej pizzerii z nadzieją zjedzenia przynajmniej poprawnej pizzy i wypicia piwa w cenie niższej niż 14$ (+ tax + napiwek). W tym celu udaliśmy się do Pizza Rock, która znajdowała się naprzeciwko naszego hotelu. Miejsce (jak widzieliśmy w godzinach wieczornych) było oblegane, ale tuż przed zamknięciem obyło się bez kolejki. Wnętrze było dosyć ciemne, wokół na ścianach na dużych telewizorach wyświetlano mecze i teledyski, ale duży piec do pizzy wyglądał obiecująco. W menu znajdziecie przeróżne rodzaje pizzy od rzymskiej, po neapolitańską, aż po tą w stylu Detroit czy deep dish pizza. My zamówiliśmy typowo włoską pizzę na cienkim cieście i… właśnie taką dostaliśmy. Idealnie wypieczoną, z pysznym ciastem i odpowiednią ilością składników. Wybraliśmy pizzę Diavola z pomidorowym sosem, włoskim salami, rukolą, ostrą oliwą i parmezanem (23,50$, porcja dla dwóch osób). Od kelnerki, która obsługiwała nasz stolik dowiedzieliśmy się, że szef kuchni pochodzi z Neapolu i naprawdę było to odczuwalne. W menu znajdziecie również wiele kraftowych pochodzących z różnych stanów piw, których warto spróbować.

„CHIŃCZYK” W KUNG PAO WOK W LAS VEGAS

Piszę o fast foodach, więc nie sposób również ominąć food courtów w outletach. Robiąc zakupy w Las Vegas nie martwcie się, że zgłodniejecie w trakcie. Tamtejsze sklepy przypominają wręcz małe miasteczka, nie brakuje więc restauracji. W North Premium Outlets obiad zjedliśmy w Kung Pao Wok, który działa jak rodzaj chińskiego bufetu, w którym wybiera się ryż lub makaron, a następnie 2 lub 3 dodatki- odpowiednio za 15$ lub 17$ (przed dodatki rozumieją porcję danego mięsa – głównie kurczaka przygotowanego w różnym stylu, ale widziałam też krewetki). Jedna porcja z dwoma dodatkami to ogromne danie obiadowe dla dwóch osób. Miejsce to przypomina Panda Express, w którym jedliśmy w parku rozrywki Universal Studios w Los Angeles. Obydwie knajpy mają bardzo niskie opinie, czemu się dziwię, bo nie wiem czego spodziewać się po zwykłym „chińczyku” w centrum handlowym, jak tylko tego, że porcje będą duże, jedzenie dobrze przyprawione i świeże ze względu na to, że przewija się tam sporo ludzi.

AMERYKAŃSKIE ŚNIADANIE W DENNY’S W LAS VEGAS (I NIE TYLKO TAM)

Śniadanie w Las Vegas zjedliśmy w Denny’s, a więc typowym dinerze, który w sumie lubimy, bo jest sprawdzony (ale nie dajcie się zwieść temu, że w sieciówce jest taniej niż na przykład w restauracji w hotelu, bo niestety tak nie jest). Zwykle zamawialiśmy jajka sadzone (przynajmniej wiadomo, że to nie jajecznica z proszku), bekon lub kiełbaski oraz tosty. Takie śniadanie wraz z dolewką kawy i ewentualnie herbatą kosztowało do 30$ za dwie osoby i dzięki swojej kaloryczności wystarczało do późnych godzin popołudniowych.

ŻEBERKA W BIG JOHN’S TEXAS BBQ W PAGE

Tuż po śniadaniu wyruszyliśmy się do Page, w którym też już stacjonowaliśmy podczas poprzedniej podróży po Zachodnim Wybrzeżu. Wówczas ta miejscowość była naszą bazą wypadową przed zwiedzaniem Kanionu Antylopy oraz Horseshoe Band. Teraz przyjechaliśmy do niej z Las Vegas (wtedy z niej wyjeżdżaliśmy w kierunku tego miasta), aby zobaczyć punkty widokowe Lake Powell, a także żeby podzielić sobie podróż samochodem na dwie części (zmierzając do Monument Valley). W Page miałam upatrzone rewelacyjne miejsce na kolację i nie zawiodłam się. Miejsce nosi nazwę Big John’s Texas BBQ i jego największy atutem jest codzienna muzyka na żywo. O jakości miejsca świadczy duża kolejka na którą trafiliśmy przed wejściem, ale w związku z tym, że stoły są długie, a sadza się przy nich kilka osób (także przypadkowych), to nie trzeba zbyt długo czekać. Koniecznie poproście o stolik na zewnątrz, w środku jest cicho i smutno, muzyki nie słychać tam prawie w ogóle. Postawiliśmy na polecane wszędzie żeberka z dużą fasolą w sosie pomidorowym i surówką colesław (zestaw 28$) oraz kanapkę z szarpaną wołowiną (mostek wołowy) w cenie 11,50$. Mięso w obydwóch opcjach było soczyste i miękkie, całość można było uzupełnić jednym z trzech rodzajów sosów BBQ, które robią na miejscu. Taki sos można również kupić w słoiku i zabrać do domu (8$). Całość dopełniają piwa z browaru Grand Canyon. Niesamowite przeżycie i świetny wieczór gwarantowany.

BURGERY W COMB RIDGE EAT & DRINK W BLUFF

Tuż po śniadaniu w Denny’s (zestaw standardowy, czyli jajka sadzone z bekonem lub kiełbaskami i tostami) ruszyliśmy do Monument Valley po którym nocleg mieliśmy zarezerwowany w motelu w Bluff. Bluff to mała miejscowość z niewielką ilością miejsc noclegowych i jeszcze mniejszą liczbą restauracji. Obok naszego rewelacyjnego motelu znajdowała się równie świetna knajpka z ładnie oświetlonym ogródkiem. Miejsce to Comb Ridge Eat & Drink. Wprawdzie reklamowali się tym, że mają lokalne wino, ale niestety ze względu na sezon i niewielkie ilości już się skończyło, ale mają też spory wybór kraftowych piw. Zamówiliśmy dwa burgery: jeden whiskey burger ze smoked cheddar, bekonem, cebulą i sosem z dodatkiem whisky (21,75$) oraz drugi o pięknej nazwie „bad breath burger” – z serem, konfitowanym czosnkiem, sosem majonezowym z czarnym pieprzem i karmelizowaną cebulką.

NAVAJO FRYBREAD W TWIN ROCKS CAFE W BLUFF

W Bluff na drugi dzień zjedliśmy również śniadanie w klimatycznej knajpce Twin Rocks Cafe (uwaga: zamknięta w środy), gdzie mogliśmy spróbować navajo frybread, czyli smażony chlebek rdznnej ludności Ameryki Południowej. Jest smażony na tłuszczu i najbardziej przypominał nam węgierskiego langosza. Podawany był w wersji „big breakfast” dlatego jedną porcję (18$, bo oprócz chlebka są tam też 3 jajka, bekon i ziemniaki) wzięliśmy na pół. Śniadaniownia jest bardzo klimatyczna, a przy wejściu kupicie też lokalnie wyrabiane produkty takie jak przetwory warzywne czy miód.

STEK I KREWETKI W MOAB DINER ORAZ PIWO W MOAB BREWERY W MOAB

Tego dnia dotarliśmy do miasta Moab, gdzie w planach mieliśmy zostać dwie noce, aby mieć niedaleko do parku narodowego Arches i stosunkowo niedaleko do Canyonlands. Swój pierwszy lunch mieliśmy okazję zjeść w Moab Diner, który mieścił się naprzeciwko naszego motelu. Piotrek zdecydował się na Texas Top Sirloin Steak (23$), a więc steka z wołowej polędwicy, który podany był z krążkami cebulowymi, sałatką oraz ziemniaczanym puree z sosem pieczeniowym (te ostatnie absolutnie pyszne i kremowe), natomiast ja wybrałam Shrimp Platter, czyli 6 krewetek serwowanych z frytkami (12,75$). W Moab warto również zawędrować do Moab Brewery, a więc lokalnego browaru, gdzie spróbujecie kraftowych piw w rozsądnej cenie (6$ za pint).

TACOS I QUESADILLA W EL TAPATIO W MOAB

Jeżeli będziecie mieli ochotę na meksykańską kuchnię polecam El Tapatio (mają też restauracje w innych miastach). Porcje są naprawdę spore, podobnie jak spora jest karta menu, w której (umówmy się) większość dań składa się z tortilli przygotowywanych na różne sposoby. Na start otrzymuje się czekadełko w postaci nachosów. Jako dania główne wybraliśmy trzy rodzaje tacosów: asada – z grillowanym stekiem, carnitas – ze smażoną wieprzową polędwiczką oraz trzeci (którego nazwy nie pamiętam) z kurczakiem (każde tacos za 5.25$) oraz serową quesadilles (15.25$). W menu znajdziecie też spory wybór meksykańskich piw, my zamówiliśmy Dos Equis i znaną wszystkim Coronę (5.99$ za każde małe piwo).

OMLETY, GOFRY I FRANCUSKIE TOSTY W CANYON STEAK & WAFFLE W MOAB

Śniadania w Moab dwukrotnie (co nam się rzadko zdarza, co nie znaczy, że jednego dnia) jedliśmy tym samym miejscu w Canyon Steak & Waffle. Pierwszego dnia musieliśmy chwilę zaczekać w kolejce. Wybraliśmy wtedy omlety: ja Western-ish z papryką, cebulą, serem i bekonem (14$ za porcję z hashbrowns oraz tostem), a Piotr wziął serowy z mozzarellą, provolone, cheddarem i serem feta (z takimi samymi dodatkami, jednak nieco tańszy, bo w cenie 12$). Drugiego dnia zdecydowaliśmy się na ich specjalność, czyli gofry. Ja wybrałam waffle breakfast, które oczywiście (według Amerykanów) nie mogło obejść się bez sadzonych jajek i bekonu, a Piotrek french toast breakfast, czyli francuskie tosty z tymi samymi dodatkami. Nie mogliśmy się oprzeć informacji, że za 2$ dostaniemy miskę (jak myśleliśmy) świeżych leśnych owoców, żeby ostatecznie dostać kilka borówek i kawałków truskawek. Połowę śniadania wzięliśmy ze sobą na wynos, żeby przejechała się z nami w kierunku Bryce Canyon (bo chyba nie łudziliście się, że znaleźliśmy jeszcze miejsce, żeby to dojeść). Śniadaniownia jest otwarta do 14:00, więc nie jest to ten rodzaj dineru, w którym śniadanie zjecie przez cały dzień (jeżeli popołudniu sobie takie wymarzycie wybierzcie się do Moab Diner).

BURGER I CHICKEN SANDWICH W BURRTRAILGRILL W BOULDER

W drodze z parku narodowego Capitol Reef w kierunku Bryce Canyon zatrzymaliśmy się w Burrtrailgrill. Koniecznie zapiszcie sobie tę nazwę, bo ciężko tam trafić „przez przypadek”, a naprawdę warto. Zjedliśmy tam teoretycznie amerykańską klasykę, bo burgera i kanapkę ze smażonym kurczakiem, jednak wszystko było podane w restauracyjnym stylu i z nietypowymi dodatkami. Moja kanapka oprócz smażonej piersi z kurczaka miała też sos orzechowy (na bazie mleczka kokosowego), sałatkę z tajską bazylią oraz ostry sos z czarnym sezamem. Każda była podana z cząstkami ziemniaków lub surówką colesław (porcja 15$).

ŻEBERKA W STAGE COACH GRILLE W LA VERKIN

Przemierzając trasę z parku narodowego Zion do miejscowości St. George zatrzymaliśmy się na ogromną porcję żeberek w Stage Coach Grille (miejscowość La Verkin). To knajpa, która wygląda jak żywcem wyjęta z westernu (kojarzycie na pewno te wahadłowe drzwiczki przy wejściu). Olbrzymia porcja kosztowała w granicach 25$ i jedyne czego żałuję, że wzięliśmy dwie, bo ledwo mogliśmy się potem ruszać. Żeberka były w warstwie sosu barbecue, podane z domowymi frytkami i surówką. Do takiej porcji warto zamówić morelowe pszeniczne piwo za 7$.

STEK I KREWETKI W BLACK BEAR DINER W ST. GEORGE

Ostatnie dwie noce podczas naszego roadtripu spędziliśmy w St. George. Motel, w którym nocowaliśmy zapewniał śniadanie (a raczej ubogą, amerykańską wersję hotelowych śniadań). Raz tylko wieczorem zjedliśmy kolację w Black Bear Diner, gdzie wybraliśmy podobną wersję dań jak w Moab Diner, czyli Piotr steka (24$), a ja krewetki (15,29$).

Nie bez powodu ten wpis opatrzyłam tytułem fast foodu w podróży, bo podczas roadtripu takie jedzenie można dorwać najszybciej, najłatwiej i jednak najtaniej. Jeżeli ktoś z Was miał szansę trafić na coś bardziej wykwintnego może się ze mną nie zgodzić, my jednak przez te kilka dni podczas objazdówki pozwalamy sobie żywić się jak Amerykanie i nie żałujemy sobie burgerów, frytek i żeberek. Natomiast po powrocie do domu długo mamy uraz i nie dotykamy się niczego smażonego i przez jakiś czas nie mija nam awersja do frytek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *