Gdzie zjeść na Tajwanie?
Tajwan nie jest oczywistym wyborem przy planowaniu podróży po Azji. W wielu miejscach przeczytałam jednak, że jest wprost wymarzonym kierunkiem pod kątem kulinarnych doświadczeń. Postanowiliśmy to sprawdzić.
Naszym pierwszym wyborem tuż po wylądowaniu był Din Tai Fung – rewelacyjna sieciówka, którą znaliśmy już z Singapuru. W samym Taipei znajduje się kilka restauracji tej słynnej pierożkarni, jednak my chwilę wcześniej zwiedzaliśmy Taipei 101, więc zdecydowaliśmy się właśnie na tą zlokalizowaną w centrum handlowym pod wieżą. Mieliśmy szczęście, bo na stolik czekaliśmy tylko 20 minut (wychodząc czas oczekiwania był już wydłużony prawie do 2 godzin). Do stolika podobnie jak w Singapurze odprowadza nas robot, a zamówienie składamy poprzez aplikację. W nadzieniach pierożków króluje wieprzowina i krewetki. To jak pyszne są tam pierożki niech podsumuje fakt, że zdecydowaliśmy się zamówić dokładkę. Naszymi faworytami jednogłośnie zostały wontony z krewetkami i wieprzowiną w rewelacyjnym pikantnym sosie (który wyjadaliśmy łyżkami) oraz xiaolongbao z wieprzowiną i truflami (najdroższe rzecz jasna). Ponadto przez całą wizytę macie wielką dolewkę herbaty jaśminowej, którą otrzymuje się gratis do zamówienia. Gdziekolwiek na świecie zobaczycie Din Tai Fung – koniecznie się tam wybierzcie, my zrobimy to bez wahania.

Najlepszy ramen podczas tej podróży zjedliśmy w Ramen Nagi Ximen Restaurant w Taipei. Restauracja wyszukana przez Piotrka znajduje się w słynnej dzielnicy, jednak aby tam dotrzeć należy się trochę postarać, gdyż trzeba wejść na piętro przez centrum handlowe. Z pozoru dziwna lokalizacja, jednak nie przeszkadza to w uformowaniu się olbrzymiej kolejki przy wejściu. Już w owej kolejce otrzymujemy menu, w którym znajdują się 4 rodzaje ramenów. Wszyscy wybraliśmy Red King, czyli intensywny wywar z czosnkiem, olejem chilli i pieprzem cayenne z mieloną wieprzowiną. Ramen można dopasować do swojego smaku poprzez wybór ostrości i tutaj uwaga: Klaudia wybrała poziom 0 i dla osoby, która nie przepada za pikantnym był dla niej baaardzo ostry. Chłopaki wybrali poziom 2 i zjedli bez problemu, ja zdecydowałam się na rekomendowany przy pierwszej wizycie poziom 1. Do wyboru także pork shoulder (na to się zdecydowaliśmy) lub pork belly (w naszej ocenie mógłby być zbyt tłusty), wybierało się także rodzaj i grubość makaronu, jednak przez różnice językowe ciężko stwierdzić, który zamówiliśmy (podobno thick noodle x 3 i thin noodle x 1), a który rzeczywiście otrzymaliśmy. Każdy z ramenów kosztował nas 250 dolarów tajwańskich, czyli 30 zł, a małe piwo 90 dolarów tajwańskich, czyli 11 zł. Do ceny dań i napoi musicie doliczyć 10% za serwis (w przypadku naszego zamówienia to 136 dolarów tajwańskich, czyli 16 zł). Ramen był przepyszny, ceny przystępne, obsługa szybka chociaż ciężko było się z nią porozumieć, niemniej jednak ocena 4,5 przy 6,2 tys. ocen na Google jest w pełni zrozumiała i zasłużona.

Na Tajwanie jedliśmy również jedne z lepszych owoców morza podczas tej podróży (a jedliśmy ich naprawdę sporo). Po zwiedzaniu parku Yehliu Geopark przeszliśmy przez postój autobusów, które dowożą zorganizowane wycieczki i trafiliśmy do Si Zimei Seafood Restaurant. W tej okolicy znajduje się wiele restauracji, w których serwują owoce morza, a przed nimi ustawione są wielkie akwaria z żywymi (jeszcze) okazami. Wybraliśmy cztery różne dania, bo układ stołu (okrągły z obracającą się nakładką) sugerował, że spokojnie możemy się nimi podzielić i spróbować różnych smaków. Na naszym stole bardzo szybko wylądowały Pineapple Shrimp Balls – czyli panierowane krewetki z ananasem, Deep Fried Squid, czyli panierowane i smażone kalmary, Stir Fry Clams, czyli muszle (sądzę, że vongole) oraz Salted Crispy Shrimp, czyli krewetki nieco na ostro. Dania kosztowały odpowiednio: 300, 280, 180 i 320 dolarów tajwańskich, czyli od 22 do 40 zł. Wszystko było pyszne i świeże.




Śniadania w Tajpej jedliśmy w dwóch miejscach. Jednym z nich było Xi Ke Lai Breakfast Restaurant, gdzie słowo restaurant jest tutaj niezłym żartem. To po prostu miejsce na przodzie budynku z dwoma malutkimi stolikami oraz z otwartą “kuchnią”, a raczej blachą na którym smażą egg rolls, czyli w naszej ocenie chrupiące omleto-naleśniki podawane z sosem sojowym. Cena 40 dolarów tajwańskich za porcję, czyli 5 zł. Uwaga tutaj nie zapłacicie kartą. Drugim miejsce, które wybraliśmy na śniadanie było Comida Toast, a gdzie zamówiliśmy tosty z jajkiem sadzonym oraz wieprzowym kotletem (jak widzicie na Tajwanie bardzo lubią wieprzowinę, ciekawa odmiana po pobycie w Malezji, gdzie raczej nigdzie jej nie uświadczycie). Co ciekawe (i zarazem straszne) w obydwóch miejscach ciepłą herbatę podawali w plastikowych kubkach, zakrytych plastikową osłonką oraz z… plastikową słomką.


Wizyta w Taipei nie byłaby kompletna bez wizyty na night markecie, mieliśmy co do niego obawy z dwóch względów: po wizycie na Borneo (biegające szczury po targu) martwiliśmy się o czystość w tym miejscu, a poza tym szczególnie Piotr nie przepada za targami, a już na pewno nikt z nas nie lubi przeciskać się przez tłumy. Byliśmy jednak na Rahoe Street Market i doświadczyliśmy tego ścisku i ogromu stoisk z jedzeniem (polskie zloty food trucków mogą się schować). Spróbowaliśmy też dwóch przekąsek, tj. sweet potato balls, czyli smażonych kulek ze słodkich ziemniaków (raczej rozczarowujące, ziemniaka nie czułam) oraz Fuzhou Black Pepper Bun, czyli bułeczek z wieprzowiną i pieprzem wyróżnionych w Michelin Bib Gourmand – gorące, pikantne i soczyste. Cena 7 zł/sztukę, więc śmiało można próbować.
Czego nie spróbowaliśmy, a miałam na swojej liście? Przede wszystkim bubble tea – kolejki do stanowiska z polecaną herbatą były tak duże, że stwierdziliśmy, że to gra niewarta świeczki. Nie zjedliśmy też stinky tofu, ale wystarczyło nam, że wszędzie czuliśmy je na nocnym targu. Nie zjedliśmy też anansowych ciasteczek, ale po spróbowaniu czterech różnych smakołyków podawanych do herbaty w Jiufen chyba stwierdziliśmy, że słodkie, tajwańskie przekąski nie są dla nas. Jeżeli będziecie kiedyś na Tajwanie może spróbujecie za nas i dacie znać, czy coś straciliśmy.


