Gdzie zjeść w Kalabrii?
Pierwszy wieczór w Tropei (którą wyznaczyliśmy jako naszą bazę wypadową do zwiedzania Kalabrii) nie mógł się obyć bez pizzy. Wybraliśmy Da Ribaudo ze średnią ocen 4.8 na Google i z niecierpliwością oczekiwaliśmy godziny 19:00, kiedy owa pizzeria miała się otworzyć. Do wyboru tego miejsca oprócz ocen przekonało nas też zapewnienie, że bazują na kalabryjskich produktach. Wnętrze lokalu jest dosyć nowoczesne, przypomina miejsce, gdzie spotykają się młodzi ludzie wychodząc wieczorami na pizzę, obsługa również jest bardzo młoda. Wzięliśmy dwie pizze “Devil” (9 €), aby już pierwszego dnia spróbować nduji, czyli pikantnej kalabryjskiej kiełbasy, jedną żółtą Margheritę (9,50 €), która w odróżnieniu do swojego pierwowzoru miała bazę z żółtych pomidorów, lokalną stracciattellę oraz duże liście bazylii. Ostatnią wybraną pizzą była “Kapricciosa” (11 €) z pieczarkami, grillowanymi karczochami i szynką. Brzegi każdej pizzy były chrupiące, a ciasto wilgotne, więc był to udany wybór. Do pizzy zamówiliśmy butelkę białego lokalnego wina (12 €) z personalizowaną pod nazwę restauracji butelką.

Pierwszy wieczór w Tropei nie mógł się zakończyć inaczej jak wizytą w lodziarni. Wybraliśmy “Tonino”, które chwaliło się 60 smakami lodów (nie widzieliśmy tam takiego wyboru, pewnie przez to, że było jeszcze przed sezonem, a pani, która tam sprzedawała twierdziła, że na lody jest zbyt zimno…), a wśród nich lody o smaku… czerwonej cebuli lub nduji (kiełbasy) z których słynie ten region. Wybraliśmy bardziej klasyczne smaki, jak pistacjowe, cytrynowe czy orzechowe. Jednak poprosiliśmy o próbkę lodów z czerwonej cebuli. Cóż, mało by powiedzieć, że bardzo oddawały smak tego z czego były zrobione, a więc były absolutnie paskudne. Podarowaliśmy sobie więc próbowanie kiełbasianych lodów i wróciliśmy do zajadania się klasycznymi smakami.
Lody na tym wyjeździe jeszcze się pojawiły, ale w nieco innej wersji. Znacie tartufo? Ja znałam nazwę, jednak nie wiedziałam, że ten przysmak jest produkowany właśnie w Kalabrii, a ponadto, że są to lody z płynnym wnętrzem. Po raz pierwszy spróbowaliśmy ich z widokiem na Capo Vaticano w Bier Garten. Kawiarnia ma przepiękny widok na wybrzeże. Spędzenie tam przedpołudnia i wypicie kawy było doskonałym pomysłem. Tartufo serwowane tam było dobre, czekoladowe, ale jednak nie dorównywało swojemu pierwowzorowi stworzonemu i nadal serwowanemu w Pizzo. Gelateria Artigianale Dante mieszczaąca się na Piazza della Repubblica w Pizzo zaserwowała nam jeden z najlepszych w moim życiu deserów (których nie jestem wielką fanką). Absolutnie zachwyciło nas połączenie lodów, pokruszonych pistacji i lejącego się kremu pistacjowego w środku (nie, nie było to w żaden sposób przytłaczające połączenie), drugim tartufo była czekolada z migdałami (też bardzo dobre, jednak nic nie zastąpi tego pistacjowego). Będąc w Pizzo musicie absolutnie się tutaj pojawić i zjeść tartufo, spróbujcie tyle smaków ile zdołacie (przy zastrzeżeniu, że jeden deser spokojnie wystarczy na dwie osoby…).

W Pizzo mieliśmy udać się na obiad do “Nostrano Local Bistrot”, jednak w połowie maja ten lokal był jeszcze nieczynny. Tuż obok znaleźliśmy jednak otwartą restaurację o całkiem niewłoskiej nazwie “Moby Dick”. Nie mieliśmy już ani czasu ani siły żeby wdrapywać się z powrotem na Piazza Republica, więc szukaliśmy czegoś obok, a tutaj namówił nas piec opalany drewnem i przekonanie, że we Włoszech nie można zjeść niedobrą pizzę. Mieliśmy rację, bo zjedliśmy tam bardzo smaczne pizze na cienkim cieście i wypiliśmy duże, zimne Peroni. Ponownie na tym wyjeździe zamówiliśmy dwie pizze z ndują i pikantnym salami, drugą z salsiccią, papryką i czarnymi oliwkami oraz ostatnią Margharitę z… cebulą, absolutnie pyszną, słodką i chrupiącą odmianą.

Jeszcze jednej pizzy (niestety najsłabszej, chociaż nadal dobrej) spróbowaliśmy na plaży Grotticelle w Capo Vaticano. Spędzaliśmy tam urodzinowy dzień na plaży (My! Pół dnia na plaży!) i rzecz jasna zgłodnieliśmy. Obok serwowano odgrzewane kanapki i jakieś gotowce, więc stwierdziliśmy, że pizza będzie najlepszy rozwiązaniem. Wybraliśmy “Beach Bar Grotticelle”, a tam sprawdzone połączenia z salami czy z szynką. Jedynie Margherita z białym spodem (bez sosu pomidorowego) i dużymi kawałkami świeżych pomidorów nie była zbyt trafiona. Ewentualne niedociągnięcia zamaskował pyszny i zimny Aperol Spritz oraz rewelacyjny widok na morze.

Dwie pyszne kolacje zjedliśmy natomiast w Tropei. Pierwszą z nich była urodzinowa w Il Marchese na tarasie starego miasta. Pyszne jedzenie, a do tego rewelacyjna obsługa, która w prezencie dla jubilata zaserwowała nam wszystkim po kieliszku Prosecco, a na końcu otrzymaliśmy gratisowe tiramisu ze świeczką i w towarzystwie “happy birthday” lecącego z głośników. Wśród zamówionych dań znalazły się dwa makarony, tj. linguine z krewetkami (18 €) oraz makaron filej (również produkt z Kalabrii) all’Ortolana, czyli z pomidorami, cebulą, cukinią i bakłażanem (14 €). Piotrek zamówił smażone krewetki i kalmary, a do tego przepyszne frytki (5 €) oraz sałatkę alla Tropeana – świeżą i chrupiącą z pomidorami, oliwkami oraz rzecz jasna czerwoną cebulą (5 €). Michaś wybrał panierowane kalmary oraz grillowanego tuńczyka z konfiturą z czerwonej cebuli (18 €). Wszystkie dania nam smakowały, a wieczór upłynął w pięknej atmosferze, którą poczuć można tylko we włoskich miasteczkach.





Ostatni wieczór w Tropei spędziliśmy w “La Lamia” restauracji znajdującej się na pięknym dziedzińcu starego miasta, tam również zamówiliśmy lokalne wino z nazwą restauracji. Wybraliśmy tam same makarony, które okazały się strzałem w dziesiątkę. Ja zamówiłam lokalny makaron filej z ndują i burratą (15 €) podanym w ceramicznym naczyniu, pasta była pikantna, a zarazem kremowa. Piotr i Michaś zamówili carbonarę, jednak w kalabryjskiej odsłonie z wieprzowym policzkiem oraz dodatkiem nduji (14 €). Ewa wybrała pierożki ravioli z mozzarellą, pomidorami i bazylią (16 €).



Jeden uroczy dzień spędziliśmy w Scilli – sennym, rybackim miasteczku z pięknymi, wąskimi uliczkami. Na lunch wybraliśmy “Casa Vela Wine Bar”, który wprawdzie nie miał widoku na morze, jednak serwował pyszne przekąski w wersji (przynajmniej z założenia) degustacyjnej. Wybraliśmy “Tasting platter” oraz “Calabrian cheese platter” – pierwszy w cenie 24 € za deskę przeliczoną na dwie osoby, a drugi w cenie 20 € za deskę także na dwie osoby. Do tego bruschetty w klasycznej wersji ze świeżymi pomidorami (6 € za 4 sztuki) oraz sałatkę o nazwie “Azze Anca” z mixem sałat, kaparami, plastrami migdałów i miodem z bergamotki. Uwaga: ta sałatka nie jest wegetariańska, bo owa azze Anca capocollo (czego nie wiedziałam) to rodzaj wędliny z czerwoną papryczką. Do tego “na przystawkę” lokalne piwo, a następnie przepyszne czerwone wino Muranera (7 € za kieliszek lub 25 € za butelkę). Jeżeli szukacie przepisu na idealne południe lub wieczór – tutaj macie to zagwarantowane.


Kalabria jest pysznym regionem pełnym wyrazistych smaków, takich jak pikantna nduja czy chrupiąca, słodkawa czerwona cebula. Mają tutaj swój rodzaj makaronu (filej), a przez stosunkowo bliską odległość Neapolu znajdziecie tutaj także dobrą pizzę. Dostęp do morza zapewnia rewelacyjne ryby i owoce morza, słońce daje słodkie pomidory, a do tego mają tu najlepszy deser na świecie. Tylko bergamotka i robione z niej napoje… nie pijcie tego, nawet jeżeli lubicie Earl Grey, w nich nie znajdziecie tego smaku. Poza tym próbujcie wszystkiego, po raz pierwszy i kolejny.


