Smaki w podróży

Gdzie zjeść w Peru?

Po raz pierwszy styczność z kuchnią peruwiańską mieliśmy oczywiście w stolicy tego kraju. Trzeba przyznać, że wcześniej niewiele wiedzieliśmy o kuchni Peru, czytałam tylko, że jest naprawdę smaczna, więc postawiliśmy sobie za cel, żeby to sprawdzić. (Czytając ten tekst miejcie w głowie, że peruwiański sol oznacza mniej więcej tyle co złotówkę, jeżeli więc coś kosztuje 40 soli, to tak jakby kosztowało 40 zł).

W dzielnicy Miraflores została nam polecona przez mieszkankę Limy restauracja o nazwie El Bodegon. Na przystawkę wybraliśmy empanadas, czyli rodzaj smażonych pierogów z farszem z szynką jamon, serem i cebulą (19 soli/2 pierożki). Były smaczne, ale chyba nikt z nas nie został po wizycie w Peru wielkim fanem tej przekąski. Często okazują się z kiepskim nadzieniem, a przede wszystkim są suche. Bardzo smaczne były jednak nasze dania główne: rocoto relleno (39 soli), czyli faszerowana papryka z mięsem podawana z ziemniakami oraz lomo saltado – danie kupione w zasadzie “spod lady”, ponieważ nie było go w aktualnym menu. Lomo saltado to paski smażonej wołowiny w sosie sojowym z dodatkiem papryki i cebuli oraz oczywiście z ziemniakami, to wszystko podawane jest z białym ryżem. Lekcja pierwsza: ziemniaki w Peru to surówka/sałatka, a nie dodatek. Bardzo czesto otrzymacie mięso podawane zarówno z frytkami lub na przykład ze smażonymi ziemniakami, a do tego jeszcze z ryżem.

W przeddzień wylotu byliśmy raz jeszcze w Limie i tam udaliśmy się do food courtu znajdującego się w odległości dłuższego spaceru od naszego hotelu. Tam jednak postawiliśmy na ichniejszą wersję kurczaka w trzech smakach, podawanego z sosami. Trzeba przyznać, że tego dnia już nie mieliśmy ochoty na eksperymenty, a to wydawało nam się rozsądną opcją. Ale że był to kurczak w panierce i/lub marynacie to zbytnio nad tym nie będę się rozwodzić.

W Paracas idealnym miejscem na śniadanie-obiad-kolację (nie dlatego, że jedliśmy tam trzy razy, tylko czasu mieliśmy tyle co na jeden posiłek) okazała się Puerto Ballestas polecona z kolei przez znajomą z naszego miasta. Restauracja, a w zasadzie knajpka z kilkoma stolikami znajduje się tuż przy głównym deptaku, zaraz obok miejsca skąd odpływają rejsy na Islas Ballestas. Zamówiliśmy tam zupę kreolską, zawierała w sobie paski wołowiny, ziemniaki oraz jajko (w koszulce). Lekcja druga: zupy w Peru są pyszne i ogromne. Jedną porcją podzieliliśmy się na czwórkę. Do podziału zamówiliśmy również dania główne: krewetki w panierce panko (fajne, chrupiące) z sosem z marakui (zbędny) w cenie 49 soli, ośmiornicę ze smażonymi ziemniakami, kukurydzą (ogromna) i szparagami – 69 soli oraz chicharron de calamar, czyli smażone kawałki kalmarów podane z yucą, czyli warzywem korzeniowym. Jeżeli ktoś pyta jaki smak ma yuca to odpowiem, że właściwie to żadny. Wszystkie dania były smaczne, porcje spore, a obsługa bardzo miła.

W miejscowości Huacachina kolację zjedliśmy w knajpce należącej do hotelu Bananas Adventure Hostel. Miejsce miało świetny klimat, oświetlony ogród i basen, i miło było tam spędzić wieczór. Tutaj nie poszaleliśmy bardzo z wyborem dań, po całym dniu szaleństwa na wydmach wybraliśmy burgery, ale trzeba przyznać, że i to był wybór dobry.

W związku z napiętym planem naszej wyprawy po Peru śniadania jedliśmy rzadko. Zwykle zastępowaliśmy ją herbatą z liści koki lub innym naparem. Szaleństwem był pakowany w hotelu na wynos tost lub dwa banany. Do Arequipy dotarliśmy jednak wczesnym rankiem, mieliśmy nieco więcej czasu, więc wybraliśmy się do Eco Brunch. Nie do końca podobał się nam sposób zamawiania, bo zamówić musisz od razu przy wejściu, przy barze (kod QR z menu), gdzie jest mało miejsca, więc tworzy się kolejka i nie ma dłuższej chwili na zastanowienie. Dopiero po złożeniu zamówienia można przejść do stolika (a chcieliśmy usiąść na górnym tarasie). Stoliki są bardzo ciasno ustawione i znalezienie wolnego miejsca nie jest proste (ale i tak macie już złożone zamówienie, więc trzeba gdzieś usiąść). Ale to koniec negatywnych aspektów, ponieważ śniadania są pyszne i naprawdę spore. Polecam zamówić porcję na dwie osoby, szczególnie, że mają też kolorowe soki i smoothie, których też warto spróbować (pamiętając jednak o świętej zasadzie „no ice” = „bez lodu”). My zamówiliśmy zestaw z sekcji “Avocado” o nazwie “Special” (16 soli) na który składały się dwie porządne kromki pełnoziarnistego chleba, grubo posmarowane rozgniecionym awokado, na jednym były kawałki smażonych pieczarek, a na drugim smażony bekon, a do tego jedno jajko sadzone. Natomiast Klaudia i Łukasz wzięli jeden taki zestaw oraz drugi składający się z jajka sadzonego, plastrów smażonego bekonu, arequipan sausauges (białe kiełbaski), dużej porcji awokado i dwóch kromek pełnoziarnistego pieczywa. Objedliśmy się jak bąki, obiecując sobie, że już nigdy nie zamówimy tak dużych śniadań (udało się do czasu przyjazdu do Cusco).

W Arequpie zjedliśmy też kolację w restauracji Zig Zag, która specjalizuje się w stekach serwowanych na kamieniu. Jednak nie chcąc się objadać na wysokościach (nie służy to właściwej aklimatyzacji) postanowiliśmy zamówić zestawy z kurczakiem (Piotr i Łukasz), z pstrągiem (Klaudia), a ja zupę. Jakie było jednak nasze zdziwienie, gdy porcja po raz kolejny okazała się ogromna oraz serwowana również na gorących kamieniach. Na start otrzymaliśmy ciepłe bułeczki z masełkiem czosnkowym oraz rodzajem pasty/sosu. Przed jedzeniem otrzymaliśmy gustowne fartuszki, aby nie pobrudzić się przy dosmażaniu mięsa. Moja zupa “sopa andina de quinoa” była wegetariańską zupą z trzema rodzajami quinoa oraz warzywami. Smakowała podobnie do naszego krupniku i kosztowała 28 soli. Piotr wybrał “cordon bleu”, czyli kurczaka z serem, do którego dobrał pieczonego ziemniaka oraz ratatouille. Cały zestaw wraz z dodatkami kosztował 50 soli. Łukasz zamówił po prostu grillowany filet z kurczaka, zamiast ratatouille wziął mix sałat (nieco tańszy zestaw, bo 46 soli). Klaudia zamówiła filet z pstrąga w cenie 50 soli za zestaw, również serwowany z pieczonym ziemniakiem i ratatouille. Do tego wzięliśmy dzbanek chicha morady (24 sole). Trzeba przyznać, że nasz plan, żeby nie najeść się zbyt mocno się nie udał.

Drugiego dnia w Arequpie na kolację wybraliśmy lokal o nazwie “13 Monjas”. Można tam usiąść w środku, jednak drzwi są otwarte na zewnętrzny dziedziniec, więc może być nieco chłodno. Tutaj na parę zamówiliśmy dwa identyczne dania, czyli dla dziewczyn “ Pasta 13 monjas” (39 soli), czyli ręcznie robiony makaron z passatą pomidorową, pieczoną papryką i dużą ilością pancetty, a dla chłopaków “lomo a la pimienta” (70 soli), czyli polędwicę wołową ze świeżą sałatką z awokado i pieczonym ziemniakiem. Do picia wzięliśmy “flor de jamaica” (12 soli) oraz “soda de flore de jamaica” z sokiem pomarańczowym (15 soli). Kolacja okazała się być bardzo smaczna, jednak nie mogliśmy się nią zbyt długo nacieszyć, bo wszyscy padaliśmy już ze zmęczenia.

W Puno mieiśmy upatrzoną knajkę “Mojsa” na starym mieście, ale z powodu objawów choroby wysokościowej u Klaudii zdecydowaliśmy się wszyscy na zamówienie “Mojsa Energy” (12 soli), czyli ich flagowego naparu łagodzącego te objawy. Napar składał się ze zmielonych liści koki, miodu i limonki. W Peru uwielbiają wszystkiego rodzaju napary, mają ulubione zioło na każdą dolegliwość: koka – na objawy choroby wysokościowej, muña – na dobre trawienie, rumianek – na stres, anyż – na ból żołądka, flor de jamaica – na dobry sen, moringa – na problemy z sercem. Na mały w Puno lunch wybraliśmy bezpieczną opcję, czyli zupę “chicken noodle soup” (20 soli), czyli lekki wywar z cienkim makaronem i warzywami na parze. Jednak, jeżeli będziecie na miejscu i nie dopadnie Was choroba (lub lęk przed nią) podobno warto wybrać pstrąga z jezioca Titicaca.

Gdy po nocy w autobusie do z Puno do Cusco w końcu do niego dotarliśmy wybraliśmy się na to wspomniane ogromne śniadanie do Jack’s Café. Zamówiłam zestaw o nazwie “gordo” (37 soli), który może przypominać angielską czy amerykańską wersję śniadania, bo na talerzu znajdowały się bekon, jajka sadzone, fasolka w sosie pomidorowym, kiełbaski i kawałki smażonej cebulki. Do tego oczywiście ziemniaki i tosty. Klaudia wybrała wegetariańską odmianę “veggie” (również 37 soli), gdzie zamiast kiełbasek i bekonu był smażony ser halloumi oraz awokado. Piotrek i Łukasz wybrali “huevos rancheros” (32 sole) – śniadanie w meksykańskim stylu, czyli smażone jajka z fasolką w sosie pomidorowym, serem i kolendrą podawane na pszennej tortilli. Do tego każdy z nas wziął inny rodzaj świeżo wyciskanego soku. Uczcie się na naszych błędach i zamawiajcie jedno śniadanie na dwie osoby.

Na kolację w Cusco wybraliśmy restaurację “A mi manera”, kierowaliśmy się poleceniami, ale także faktem, że w restauracji gościła Cameron Diaz. Sądząc po pustce w lokalu można stwierdzić, że odwiedziliśmy go tylko my i ta znana aktorka. Dania wyglądały pięknie, jednak ten lokal okazał się z rodzaju “przerost formy nad treścią”, ponieważ dania były bez smaku. My z Piotrkiem postawiliśmy na burgery. Miały jednak jedynie troszkę masełka czosnkowego na górnej części bułki, nie podano żadnego sosu, który by się z nimi komponował. Klaudia zamówiła grillowanego pstrąga z puree ze słodkich ziemniaków w pomarańczowym (podobno) śródziemnomorskim sosem (50 soli za danie). Łukasz wybrał “aji de gallina” (40 soli), czyli polecane peruwiańskie danie, jednak nie zachwyciło go zupełnie. Są to kawałki piersi z kurczaka w mleczku kokosowym z parmezanem. Przed daniami głównymi dostaliśmy czekadełko w formie poczęstunku od szefa kuchni, ale czym było i jak smakowało zupełnie nie pamiętam.

Pierwszego dnia pobytu w Aguas Calientes wybraliśmy się do Chullos mieszczącej się tuż przy torach kolejowych. Wybrałam “lomo saltado de verduras” (35 soli), czyli absolutnie pyszne danie w wersji wegetariańskiej – różne rodzaje warzyw w sosie sojowym, do tego ręcznie robione frytki i biały ryż. Piotrek wybrał “milanesa de pollo” (42 sole), czyli ni mniej ni więcej jak panierowane kotlety z kurczaka podane na makaronie z pesto. Połączenie nie było oczywiste, jednak bardzo mu smakowało. Klaudia po dłuższym zastanowieniu (czy zamawiać owoce morza w górach) zamówiła czarny makaron tagliatelle z krewetkami (45 soli). Łukasz natomiast postanowił spróbować narodowego dania Peru, czyli świnki morskiej. Na szczęście (dla mnie) nie była podana w całości tylko były to kawałki panierowanej świnki podanej w sosie oraz z dodatkiem marynowanych warzyw, na szczęście (dla niego) okazała się smaczna. Danie kosztowało 50 soli i jak się dowiedzieliśmy jest jadane z okazji różnych świąt w Peru, nie jest to tylko danie serwowane z myślą o turystach.

Na drugi dzień po wizycie na Macchu Picchu wybraliśmy się na obiad do Full House (restauracja mieści się nieopodal Chullos). Jako przystawkę dostaliśmy robione na miejscu smażone chipsy z ostrym dipem. Dania były w porządku, jednak nie były zachwycające. Ja wybrałam “rocoto relleno” (50 soli), czyli paprykę faszerowaną mięsem mielonym Klaudia zamówiła kawałki panierowanego bakłażana z puree z kalafiora i dużą ilością awokado (46 soli). Piotr i Łukasz po raz kolejny skusili się na wołowinę tym razem smażoną w stylu “stir fry” z cebulą i podaną z makaronem fettuccine z serowo-ostrym sosem. Do tego każdy z nas wziął kufel kraftowego piwa.

W Cusco na obiad udaliśmy się do “Chull’s” (to raczej tylko zbieżność z nazwą restauracji w Aguas Calientes). Ocena 4.9 na Google zapowiadała dużo pysznych smaków i nie zawiedliśmy się. Na początku usiedliśmy w ogródku i zamówiliśmy napoje: soki z marakui i mango (14 soli), lemoniadę z imbirem (10 soli) oraz sok z ananasem, pomarańczem i bazylią (14 soli) – ogłoszony najsmaczniejszym. Dania główne musieliśmy jednak zjeść w środku, ponieważ zaczęła się burza (a wkrótce także mocna ulewa). We trójkę skusiliśmy się na burgery “Chulls” (30 soli) z sosem pieprzowym, serem, awokado, bekonem i grillowaną cebulką oraz “Della casa” z sosem “blue cheese”, bekonem i piklami (również 30 soli), a Piotrek na wołowinę z “tacu tacu”, czyli rodzajem placka z ryżu z dodatkiem warzyw i puree z fasoli (48 soli). Wołowina w Peru jest bardzo popularnym i stosunkowo niedrogim mięsem, a że jest przez mojego męża lubiana, to też korzystał z tego i zamawiał ją dosyć często.

Wieczorem wpadliśmy jeszcze do baru Limbus z fajnym, nocnym widokiem na Cusco. Zamówiliśmy przekąski, czyli robione na miejscu nachosy z guacamole oraz grubo krojone frytki. Wypiliśmy po jednym małym piwku wpatrując się w to co za oknem i standardowo po 19:00 przysypiając ze zmęczenia. Takie to właśnie były wakacje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *