Gdzie zjeść w Maladze?
Malaga jest pełna restauracji i barów z tapas. Hiszpanie oraz turyści idący za ich przykładem stołują się w nich od rana do późnej nocy. Najpierw „desayuno”, czyli śniadanie (mają nawet czasownik „desayunar”, czyli w dosłownym tłumaczeniu „śniadaniować się”), potem almuerzo, niby drugie śniadanie, niby lunch, do kawy coś słodkiego, a wieczorem kolacja albo przesiadywanie w barze z tapasami, czyli małymi przekąskami. Do tapasów obowiązkowa szklaneczka piwa albo kieliszek wina. Hiszpanie lubią przebywać poza domem i my w ten weekend postanowiliśmy ich naśladować.
W piątek wylądowaliśmy dosyć późno, w Polsce większość restauracji byłaby już zamknięta (a już na pewno miałyby zamkniętą kuchnię), jednak nie w Maladze. Wychodząc na miasto przed 22:00 wszędzie było mnóstwo ludzi. Mieliśmy upatrzoną restaurację „Mesón Mariano”, gdzie podobno specjalizują się w daniach z karczochów, jednak nie sposób było zrobić tam rezerwacji internetowo czy telefonicznie, więc naszym oczom ukazała się jedynie olbrzymia kolejka. Obok tej knajpki znajdowała się jednak „Casa Lola”, o której wielokrotnie czytałam, jednak nie była jednym z moich pierwszych wyborów. Ustawiliśmy się jednak w kolejce do niej, ponieważ szła dosyć sprawnie. Była to świetna decyzja. Tapasy oraz piwo podawane są tam w bardzo sprawny sposób mimo tłumów i olbrzymiej ilości stolików i stoliczków. Duże piwo (doble, czyli ok. 400-500 ml) kosztowało 3,90 €, ale rzecz jasna nie skończyło się na jednym. W końcu to nasz pierwszy wieczór w Maladze. Jako przekąski zamówiliśmy:
– popularne w Maladze i na południu Hiszpanii langostinos al pil pil, czyli krewetki w dużej ilości gorącej oliwy z czosnkiem i chilli (10,50 €) podawane w ceramicznym naczyniu,
– pimientos de padrón (8 €), czyli smażone zielone papryczki z dużą ilością płatków soli
– pinchos, czyli malutkie kanapeczki z różnymi dodatkami: chupadedos (2,80 € ) z szynką jamon, krewetką, serem cheddar i grzybami (może boczniakami?) oraz dona mariquita (3,90 €) z szynką jamón, sadzonym jajkiem przepiórczym, papryczką padrón i czosnkowym majonezem. Te konkretne kanapeczki polecił nam kelner jako najbardziej popularne, jednak było ich kilkanaście do wyboru, a ceny wahały się od 2,50 € do 4 € za sztukę.
– croquetas de jamón, czyli krokiety (całkiem inne niż u nas) z hiszpańską szynką (2,50 €)
To był udany wieczór i będąc ponownie w Maladze na pewno będę chciała znowu tam zajrzeć.

W sobotę wieczorem na późną kolację wybraliśmy się do tapas baru Kraken. W tym miejscu (co polecam) zrobiliśmy rezerwację przez ich stronę internetową. Miejsce jest nieco bardziej eleganckie, ale nadal odpowiednie na nieformalne spotkanie, a ceny tapas wcale nie są wyższe niż w innych miejscach. Jedynie piwo jest nieco droższe, bo kosztuje 4,50 €. Zamówiliśmy:
– jamón bellota (14,50€) i to połączenie nas zachwyciło (do powtórzenia w domu, chociaż ponownie zjedliśmy takie podczas pikniku na plaży Malagueta), czyli kawałki hiszpańskiej szynki pochodzącej od świni rasy iberyjskiej z mocno słonymi migdałami (zawija się migdała w taką szynkę i zjada – czy to nie idealne połączenie z zimnym piwem?)
– croquetas de gambas, czyli inna odsłona krokietów tym razem z krewetkami (6,50 €)
– patatas bravas, czyli smażone ziemniaczki z sosem (6,50 €)
– pierożki gyoza z mięsem z… ogona byka (9 €), czyli mix kuchni hiszpańskiej i japońskiej, było to bardzo smaczne połączenie.

Na niedzielne śniadanie wybraliśmy się do „Mi Cafecito” i jedyna rzecz do której mogę się przyczepić, to długi czas oczekiwania (zostaliśmy jednak za to przeproszeni). Z drugiej strony jesteśmy na „wakacjach” i czekamy na niedzielne śniadanie, więc umówmy się, że to nie najgorsze co może nas spotkać na wyjeździe.
Zamawiamy:
– brunch combo za 14,90 € składające się z: omleta z trzema wybranymi dodatkami (ser, pieczarki i bekon), małej miseczki z jogurtem i owocami (my prosimy o same owoce), kawy oraz świeżo wyciskanego soku pomarańczowego
– jajka w koszulce z bekonem (jest też wersja z wędzonym łososiem) za 12,90 € podane na grzance typu „brioche” z awokado, pomidorkami i sosem berneńskim
Obywa śniadania są bardzo sycące, obsługa jest miła i spędza się czas naprawdę bardzo przyjemnie.

Po chwili na plaży udaliśmy się na spacer jednak z upatrzonym punktem w centrum miasta, gdzie zjecie churros, a właściwie porras. Porras to kuzyn churros, jednak bardziej puszysty i zdecydowanie grubszy. Spróbowaliśmy ich w „Casa Aranda”, czyli w bardzo specyficznym barze, gdzie jako deser (także na wynos) dostaniecie tylko to, ale za to jest mnóstwo rodzajów kawy. Byliśmy tam 5 minut przed otwarciem (mają otwarte rano, a później popołudniu), a kelnerzy układali stoły i przygotowywali wszystko, a wraz z godziną otwarcia pojawił się cały tłum ludzi łaknących tych słodyczy. Porras obowiązkowo macza się w gorącej czekoladzie (na dwie osoby wystarczą w sumie 4 sztuki porras oraz mała filiżanka czekolady, my oczywiście z łakomstwa zamówiliśmy dużą czekoladę). Fajny przerywnik w ciągu dnia, ale miejcie na uwadze, że jest to tłuste, bo smażone na głębokim oleju i przez to nieco ciężkie, ale co ciekawe nieprzesłodzone.

Wieczrem mieliśmy rezerwację w „El Pimpi”, czyli restauracji, której właścicielem jest Antonio Banderas. Rezerwację również warto zrobić przez stronę mimo, że wydaje się, że miejsca jest sporo (chyba trzy piętra i mnóstwo stolików na zewnątrz), ale i tak cały czas jest tam tłum. Zjedliśmy tam bardzo dobre dania, jednak obsługa była fatalna, być może mają za dużo obowiązków, ale w zasadzie nie powinno mnie to interesować. Zachowywali się jak w barze (kiepskiej jakości), a nie jak w porządnej restauracji. Spróbowaliśmy jednak nietypowego dania, jakim jest rabo de toro (19 € ), czyli mięso z ogona byka, które zaskakująco nie było ani twarde, ani „ciągnące się”. Było zbliżone do szarpanej wołowiny czy dobrej pieczeni podanej na kawałkach gotowanych ziemniaków. Ja zdecydowałam się ponownie podczas tego wyjazdu na langostinos al pil pil (10 €) i również były wyśmienite. Jednak po wizycie w tym miejscu podobnie jak wiele osób mam mieszane uczucia. Aha, i pobierają kwotę 1,40 € za „obsługę”. Osobiście nie spotkałam się z tym w innych miejscach w Hiszpanii.


Najpierw mieliśmy zamiar posiedzieć dłużej w „El Pimpi”, ale ze względu na tłumy i nieciekawą obsługę wybraliśmy się na krótki spacer, szczególnie, że na 21:00 mieliśmy rezerwację w barze „La Tribuna pod pretekstem obejrzenia meczu. Atmosfera była tam niezobowiązująca, a obsługa świetna. Za duże piwo zapłacicie 3,20 €, a za butelkę przyzwoitego wina verdejo 17€.
W poniedziałek rano wybraliśmy się na Mercado Central de Atarazanas, czyli lokalny targ. Zwykle ciężko mi namówić Piotrka na wizytę w takich miejscach, ponieważ nie lubi panującego tam rozgardiaszu, tłumu ludzi, pytania o ceny itd. Natomiast trzeba przyznać, że ten targ jest całkiem przyjemny, ponieważ stoiska są uporządkowane i jest czysto. Chcieliśmy coś przekąsić w ramach śniadania i to nam się udało. Na jednym ze stoisk wzięliśmy chrupiącą bagietkę z długo pieczoną, soczystą wieprzowiną, na drugim rożki wypełnione hiszpańską szynką i kawałkami sera, a na koniec wybraliśmy świeżo wyciskany sok. To miejsce, gdzie kupicie zarówno mięso, jak i ryby oraz owoce morza (jednak w poniedziałek te stoiska są zamknięte ze względu na brak połowów w niedzielę). Jest też duży wybór owoców, oliwek i przypraw. Jeżeli lubicie takie lokalne targi, to jest to miejsce obowiązkowe.


Żegnając się z Malagą na szklaneczkę piwa wybraliśmy się do „La Recova”, miejsce jest znane ze specyficznych śniadań (są to pasty do chleba podawane w wytłoczkach z jajek, oczywiście wytłoczki są specjalnie dla nich robione). Jednak my byliśmy już po śniadaniu i mieliśmy zamiar wybrać tylko coś do picia. Obok w stoliku (a potem w kolejnym, i w kolejnym) para z jakiegoś kraju skandynawskiego (sądząc po języku, którym się posługiwali) zamówiła chorizo. Jakie było nasze zdziwienie, gdy na stół dostali ceramiczną świnkę, której wnętrze zostało podpalone przez kelnerkę, co stworzyło rodzaj małego ogniska i chorizo piekli sobie własnoręcznie. Było to tak śmieszne, że postanowiliśmy również to zamówić, chociażby w ramach ciekawostki, chociażby dla zdjęcia. Małe piwo kosztowało 1,70 €, a chorizo 3,50 €. Wybierzcie się tam koniecznie także dla samego wnętrza, które jest niepowtarzalne, a stworzone chyba za pomocą przedmiotów nabytych na pchlim targu.



Nasz pobyt w Maladze nie był długi, jednak zdecydowanie udany. Pobudził nasz apetyt na hiszpańską kuchnię, a także na odwiedzenie innych miast w Andaluzji. Hiszpanio, ¡nos vemos!



Jeden komentarz
Agata
Same pyszności i to w przyzwoitej cenie! Jak będę kiedyś w Maldze to na pewno skorzystam z tych polecajek 🙂